Mikołaj Sowa pojawił się w kancelarii po raz drugi, tym razem z własnej woli. Przez noc przypominał sobie drogę, którą jechał przed laty, i doszedł do wniosku, że pierwsza rozmowa nie obejmowała wszystkiego. Ewa uprzedziła go, że nie wolno mu dopasowywać wspomnień do tego, czego oczekują inni. Miał powiedzieć także o rzeczach niepewnych.
— Pierwszym razem Wiktor kazał mi czekać pod szklarnią — zaczął Mikołaj. — Potem odjechał sam. Po kilkunastu minutach wezwał mnie przez krótkofalówkę na drogę za stawem. Kiedy tam dotarłem, dostawczak stał z otwartymi tylnymi drzwiami. Wiktor wrócił pieszo od strony brzegu.
— Widział pan Emilię? — spytała prawniczka.
— Nie. Widziałem koc położony na podłodze samochodu. Ten sam, którym wcześniej coś niósł. Pamiętam go, bo miał naszyty ciemny prostokąt. W firmie używaliśmy takich do zabezpieczania mebli.
Mikołaj odwrócił twarz. Przyznał, że zaproponował wezwanie pogotowia, lecz Karas wykrzyczał, iż lekarz już był, a później zagroził jego rodzinie. Kierowca odjechał. Rano usłyszał, że ciało dziewczynki znaleziono w stawie, i zrozumiał, dlaczego kazano mu zapomnieć o samochodzie.
— Czy wie pan, że można było uratować dziecko? — zapytała Ewa.
— Nie wiem. I właśnie to nie daje mi spać. Mogłem przynajmniej zadzwonić po pomoc, zamiast słuchać człowieka, który płacił mi za kursy.
W dalszej części akt znajdowała się opinia lekarska sporządzona po odnalezieniu ciała. Wskazywała na wychłodzenie i cechy przemawiające za kontaktem z zimną wodą, jednak nie ustalała dokładnie czasu zgonu. Ewa zleciła niezależną ocenę dokumentacji, nie licząc na pewność, której po tylu latach nie dawało się uzyskać. Opinia miała odpowiedzieć, czy staw był jedynym możliwym miejscem śmierci, a nie zastępować zeznania świadków.
Prokuratura przesłuchała Teresę, Samuela i Mikołaja. Oględziny szklarni oraz nowe zeznania doprowadziły do wszczęcia postępowania dotyczącego okoliczności śmierci Emilii i możliwego fałszowania materiałów. Wiktor został wezwany na przesłuchanie. Dominik nie znał jego odpowiedzi; tym razem nie próbował ich poznać przez dawnych znajomych.
W domu Dominik zastał kartkę od Klary. Napisała, że Bruno zjadł niewiele śniadania i że ma umówioną wizytę kontrolną u weterynarza. Dodała też, że Samuel poprosił ją, by nie ujawniała sąsiadom szczegółów postępowania. Chciał zachować choć odrobinę zwyczajnego życia, zanim znów pojawią się obcy ludzie z pytaniami. Dominik zadzwonił do Daniela i polecił mu dopilnować, aby żaden pracownik rezydencji nie udzielał wywiadów w imieniu rodziny.
Była to drobna decyzja w porównaniu z przekazaniem akt, lecz dla Klary miała znaczenie. Jej rodzice latami żyli pod spojrzeniami ludzi, którzy znali tylko jedną wersję wydarzeń. Teraz nie potrzebowali kolejnego spektaklu. Potrzebowali czasu i prawa do własnych słów.
Zamiast tego pojechał do matki. Pani Helena mieszkała od kilku lat w mniejszym domu, bo rezydencja była dla niej zbyt pełna wspomnień. Dominik nie opowiadał jej jeszcze wszystkiego. Bał się otworzyć ranę, którą matka przez dziewięć lat próbowała zabliźnić.
— Myślisz, że nie wiedziałam o szklarni? — zapytała, gdy wyłożył przed nią dokumenty.
— Wiedziałaś?
— Wiedziałam, że Emilia chciała tam pójść. Tamtego popołudnia szukała uprzęży Bruna. Obiecałam, że po kolacji razem ją przyniesiemy. Później Wiktor powiedział, że mała wybiegła przez furtkę. Uwierzono mu, bo wszyscy byli przerażeni.
Helena pokazała synowi pocztówkę, którą Emilia narysowała dla niej kilka dni wcześniej. Dziewczynka naszkicowała psa prowadzącego ludzi przez śnieg, a obok napisała, że nawet odważny ratownik czasem potrzebuje kogoś, kto pokaże mu drogę. Dominik nie zabrał kartki. Zrozumiał, że to ostatnia rzecz, której matka może potrzebować podczas kolejnych miesięcy.
— Tata wiedział? — zapytał cicho.
Helena długo patrzyła w okno.
— O tym, że Wiktor robił interesy bez kontroli, wiedział więcej, niż chciałam. O zamkniętej szklarni usłyszałam dopiero teraz. Leon po pogrzebie powtarzał, że zawiódł Emilię, ale nigdy nie powiedział, dlaczego. Nie chcę wymyślać za niego odpowiedzi.
Dominik podziękował jej za tę ostrożność. Przez większość życia uważał, że człowiek zajmujący silną pozycję musi mieć zdanie na każdy temat. Tymczasem prawda o siostrze wymagała przede wszystkim przyznania, czego nie wiedział.
Kiedy wrócił do rezydencji, Wiktor czekał przy bramie. Miał przy sobie niewielką torbę. Daniel zatrzymał go przed wejściem, ponieważ jego uprawnienia do korzystania z terenu zostały zawieszone po ujawnieniu sprzecznych dokumentów.
— Chciałem tylko zabrać rzeczy z gabinetu — powiedział Karas.
— Możesz wskazać, które są prywatne. Zostaną sprawdzone w obecności prawnika — odparł Dominik.
Wiktor uśmiechnął się bez radości.
— Zachowujesz się tak, jakbyś był lepszy od swojego ojca.
— Nie jestem. Ale nie pozwolę ci mówić w jego imieniu.
Wiktor opuścił wzrok i powiedział coś, co Dominik zapamiętał do końca życia.
— Kiedy znalazłem ją w magazynie, jeszcze oddychała. Zabrałem ją do samochodu. Chciałem zawieźć do lekarza, ale zobaczyłem światła od głównej bramy. Pomyślałem, że jeśli wejdą do szklarni, znajdą nasze księgi. Zacząłem odwoływać ludzi, a czas płynął. Kiedy przestała się ruszać, nie wiedziałem już, co zrobić.
Daniel słyszał te słowa z kilku kroków, lecz Dominik nie próbował zatrzymać Wiktora siłą. Zadzwonił do Ewy i przekazał jej dokładną treść rozmowy. Wiedział, że są to jego relacja i relacja Daniela, a nie formalne przyznanie się złożone podczas przesłuchania.
— A potem staw? — zapytał, choć odpowiedź go przerażała.
Wiktor skinął głową.
— Chciałem, żeby wyglądało, że wyszła sama.
Dominik cofnął się o krok. Przez dziewięć lat wspominał siostrę samotną w zamieci, szukającą drogi do domu. Teraz musiał przyjąć możliwość znacznie gorszą: Emilia została odnaleziona, a dorosły człowiek odmówił jej natychmiastowej pomocy, żeby ocalić własne sekrety.
Kiedy odprowadzał Wiktora wzrokiem, Dominik zauważył, że Daniel ma ściśnięte dłonie. Szef ochrony także znał Emilię, choć wtedy był dopiero młodym pracownikiem. Zapytał, czy powinien napisać własną notatkę z rozmowy. Dominik odpowiedział, że tak, lecz bez konsultowania jej treści z nim. Każdy miał zapisać to, co sam usłyszał, a nie wspólnie uzgodnioną wersję.
Wieczorem Dominik spotkał się z Samuelem. Nie przyjechał z pieniędzmi ani propozycją ugody. Powiedział mu dokładnie tyle, ile miał prawo przekazać, a potem poprosił o jedną rzecz.
— Chcę, żebyś wiedział, że wierzę ci dzisiaj. Nie oczekuję, że zapomnisz, iż wtedy odmówiłem ci nawet rozmowy.
Samuel patrzył na niego bardzo długo.
— Wierzyć nie znaczy naprawić — odpowiedział w końcu. — Ale bez tego nie da się niczego zacząć.
Po powrocie Dominik przygotował listę dokumentów dotyczących dawnych interesów Wiktora i Leona, które zgodził się udostępnić śledczym. Daniel ostrzegł go, że mogą ujawnić także przestępstwa popełnione przez jego własną rodzinę. Dominik nie zmienił decyzji.
Nazajutrz dowiedział się, że prokuratura zamierza przesłuchać go w sprawie działalności rodzinnych spółek. Musiał wybrać między dotychczasową pozycją a pełnym wyjaśnieniem tego, dlaczego pomoc dla Emilii została odsunięta na drugi plan.
Czy zdoła powiedzieć wszystko, wiedząc, że prawda może pozbawić go nie tylko majątku, ale i wolności?
Przeczytaj Część 7, aby poznać decyzję Dominika i los Samuela.













