Przez dwa dni Dominik nie wracał do szklarni. Na prośbę Ewy polecił jedynie zabezpieczyć wejście przed przypadkowymi gośćmi i zapisać, kto w ostatnich miesiącach miał dostęp do ogrodu. Nie chciał, żeby ktokolwiek potem twierdził, iż znalezione przedmioty podłożono na jego rozkaz.
Ewa uzyskała wgląd do kopii akt dawnego postępowania za zgodą Samuela i przez jego obrońcę. Stare dokumenty nie przedstawiały spójnego obrazu. W pierwszym zgłoszeniu zapisano zniknięcie Emilii przed godziną dwudziestą. W późniejszym zeznaniu Wiktor podawał, że widział ją po dwudziestej przy bocznych drzwiach domu. Nikt nie sprawdził, dlaczego te dwie relacje były niezgodne.
Znaleźli także protokół oględzin furtki. Zamek działał, zawiasy nie były uszkodzone, ale zapisano, że skrzydło pozostawało otwarte. Żadna fotografia nie pokazywała go w tej pozycji. Śledczy opisali stan, który zgłosił im Karas, po przyjeździe służb.
— Nie możemy powiedzieć, że furtka na pewno była zamknięta — przypomniała Ewa. — Mamy teraz dwa sprzeczne źródła: zeszyt Teresy i relację Wiktora. Trzeba ustalić, co ktoś mógł zobaczyć niezależnie od nich.
Dominik po raz pierwszy nie próbował przyspieszyć sprawy telefonem do znajomego urzędnika. Poprosił o sporządzenie pisemnego zawiadomienia dotyczącego nowych okoliczności. Prawniczka nalegała, żeby przekazać również informacje niewygodne dla rodziny, jeśli dotyczą tamtej nocy.
— Jeżeli chce pan oczyścić nazwisko Samuela, nie może pan wybierać wyłącznie tego, co obciąża Karasa — powiedziała.
— Wiem.
Nie powiedział jej, ile kosztowało go to jedno słowo. Ojciec Dominika, Leon Morawski, zmarł sześć lat wcześniej. Za jego życia Wiktor był człowiekiem od trudnych decyzji, którego nikt nie rozliczał. Po śmierci Leona pomagał Dominikowi utrzymać wpływy rodziny. Każdy stary rachunek mógł otworzyć sprawy, o których młody Morawski wolał nie pamiętać.
Tego samego popołudnia Dominik odszukał w domowej bibliotece teczkę z listami kondolencyjnymi. Niektóre kartki były tak stare, że klej na kopertach wyblakł. Wśród nich znalazł krótki list od matki Samuela. Kobieta pisała, że jej syn nie przestał szukać Emilii, dopóki nie został wyprowadzony z ogrodu. Dominik pamiętał, jak po pogrzebie ktoś podał mu tę kopertę. Odłożył ją wtedy bez czytania. Teraz nie traktował jej jako dowodu; nadawczyni nie była na miejscu i znała zdarzenia wyłącznie z relacji syna. List pokazywał jednak, jak wcześnie Samuel próbował wyjaśniać te same okoliczności.
Włożył kartkę do osobnej koszulki i dopisał na niej datę odnalezienia. Kiedyś uznałby takie drobiazgi za stratę czasu. Dziś wiedział, że właśnie z pominiętych szczegółów można zbudować cudzy wyrok. Nie zamierzał ponownie ich lekceważyć.
Wieczorem przyszedł do niego Daniel. Szef ochrony podał listę osób pracujących wówczas na posesji. Większość wyjechała albo przeszła na emeryturę. Jeden kierowca, Mikołaj Sowa, nadal prowadził niewielką firmę przewozową pod Radomiem.
— W aktach figuruje jako człowiek, który odnalazł ślady przy stawie — powiedział Daniel. — Ale tamtej nocy miał dyżur przy bramie wjazdowej. Skąd znalazł się nad wodą, nie wyjaśniono.
Mikołaj początkowo odmówił spotkania. Kiedy Ewa zadzwoniła ponownie, wyraził zgodę na rozmowę w kancelarii, bez Dominika. Bał się, że Morawski przyjeżdża po zemstę. Prawniczka przekazała mu, że jego słowa zostaną zanotowane dokładnie i że nie obieca ochrony, której nie może zagwarantować.
Kierowca zeznał, że około dwudziestej trzydzieści Wiktor wezwał go pod szklarnię. W zamieci zobaczył samochód dostawczy stojący poza utwardzonym podjazdem. Karas kazał mu czekać przy silniku, a sam wszedł do budynku bocznymi drzwiami.
— Po kilku minutach wyszedł z czymś owiniętym w gruby koc — opowiadał. — Widziałem małą stopę w skarpetce. Pytałem, czy potrzebuje lekarza. Powiedział, że to pani Emilia i że zaraz zawiezie ją do domu. Nie pozwolił mi podejść.
— Czy dziecko poruszało się wtedy? — zapytała Ewa.
— Nie umiem powiedzieć. Byłem za daleko. Wciąż słyszę siebie, jak powtarzam, że trzeba wezwać pogotowie. On odpowiedział, że już wszystko załatwił.
Mikołaj nie widział, dokąd odjechał samochód. Usłyszał jedynie, że silnik pracował jeszcze chwilę. Rano kazano mu powtórzyć, że znalazł przy stawie ślady małych butów. Przyznał, że ich nie widział. Podpisał przygotowane zeznanie, bo Wiktor zagroził, że jego brat trafi do więzienia za nielegalny przewóz pieniędzy.
W kancelarii zapadła cisza. Ewa nie traktowała relacji Mikołaja jako gotowego rozwiązania. Kierowca przyznawał się do fałszywego zeznania, a część szczegółów mógł pamiętać błędnie. Ale jego słowa wskazywały konkretne miejsce, pojazd i przedział czasu. Można było je sprawdzić.
Przed spotkaniem z kierowcą Ewa sprawdziła, czy Mikołaj posiada jakiekolwiek notatki z dawnej pracy. Nie miał. Zachował tylko kalendarz z datami podróży, bez informacji o pasażerach. Prawniczka nie próbowała odczytywać z niego więcej, niż rzeczywiście zawierał. Uzgodniła, że kierowca będzie zeznawał bez obecności przedstawicieli rodziny, aby nikt później nie podważał swobody jego wypowiedzi.
Klara w tym czasie została w rezydencji, zajmując się Brunem. Weterynarz stwierdził zaawansowane zmiany zwyrodnieniowe i zalecił ograniczenie wysiłku. Dziewczyna nie próbowała wydawać psu komend ratowniczych. Siadała obok jego posłania i czytała książkę, dopóki zwierzę nie zasypiało.
Pewnego popołudnia znalazła w szafce stare pudełko po akcesoriach Bruna. Była tam skórzana szelka z mosiężną sprzączką, wytarty sznur i plastikowa plakietka z numerem ośrodka szkolenia. Zamiast zabierać przedmioty, zrobiła zdjęcie i zapytała Daniela, czy można je pokazać Samuelowi.
Ojciec poznał szelkę natychmiast.
— Emilia zapinała mu ją, kiedy chciała udawać ratowniczkę — powiedział. — W tamten wieczór odłożyłem ją w komórce obok szklarni. Bruno miał odpoczywać. Dziewczynka wiedziała, gdzie trzymaliśmy sprzęt.
Klara spojrzała na fotografię. To tłumaczyło, dlaczego Emilia mogła szukać czegoś w budynku. Nie tłumaczyło jednak, kto ją tam zatrzymał ani dlaczego Wiktor powiedział wszystkim, że wyszła przez furtkę.
Następnego dnia Ewa przekazała zawiadomienie właściwym organom, dołączając kopie notatek, pisma Samuela i zapis rozmowy z kierowcą. Oryginały zostały u ich właścicieli do czasu formalnego zabezpieczenia. Dominik podpisał własne oświadczenie, w którym przyznał, że przez dziewięć lat nie zweryfikował prośby skazanego pracownika.
Wiktor dowiedział się o zawiadomieniu szybciej, niż przypuszczali. Pojawił się w gabinecie bez zapowiedzi i zamknął drzwi.
— Rozumiesz, co robisz? — spytał. — Zaczynasz rozdrapywać historię, która może pogrzebać imię twojego ojca.
Dominik nie wstał.
— Jeśli mój ojciec miał z tym coś wspólnego, również chcę to wiedzieć.
Wiktor pokręcił głową.
— Leon ratował wtedy rodzinę. Nie wiesz nawet, przed czym.
— Przed prawdą o Emilii?
Karas odwrócił wzrok. Dominik zobaczył, że po raz pierwszy nie chodzi wyłącznie o obronę starego wyroku. Wiktor bał się czegoś, czego jeszcze nie ujawniły żadne akta.
— Zostaw szklarnię zamkniętą — powiedział cicho Karas. — W środku nie znajdziesz tego, czego szukasz. Znajdziesz coś znacznie gorszego.
Czy Leon naprawdę wydał rozkaz, o którym mówił Wiktor? Odpowiedź mogła zmienić nie tylko śledztwo, lecz także obraz ojca, który Dominik przechowywał przez całe życie.
Przeczytaj Część 5, by poznać, skąd wziął się strach Wiktora przed szklarnią.













