Alicja Borkowska przyszła do kancelarii dziesięć minut przed umówioną godziną.
Miała siwe włosy spięte nisko na karku i trzymała płaską teczkę w obu dłoniach.
Gdy Sebastian podał jej rękę, nie odwzajemniła uścisku od razu.
— Zanim zaczniemy — powiedziała — chcę państwa przeprosić. Nie oczekuję, że to cokolwiek naprawi.
Klara nie odpowiedziała.
Przez noc wyobrażała sobie tę kobietę stojącą przy inkubatorze, podczas gdy ona leżała sama na sali pooperacyjnej.
Teraz zobaczyła osobę starszą i przestraszoną.
Nie wiedziała, czy to wystarczający powód, by odsunąć gniew.
Anna Radecka poprosiła Alicję, by mówiła tylko o tym, co sama widziała, i wyraźnie odróżniała wspomnienia od informacji zasłyszanych.
Pielęgniarka wyjęła z teczki kopię fragmentu dawnego zeszytu dyżurów i własne notatki sporządzone w następnych dniach po porodzie.
— Nie miałam prawa zabierać dokumentacji z oddziału — zaczęła. — Wiem o tym. Dlatego chcę przekazać wszystko śledczym i wskazać, gdzie powinny znajdować się oryginały. Jeśli jeszcze istnieją.
Czternastego czerwca siedem lat wcześniej pełniła dyżur na oddziale noworodków.
Klara trafiła do szpitala z ciążą bliźniaczą.
Dziewczynka urodziła się pierwsza.
Chłopiec miał problemy z oddychaniem, ale po udzieleniu pomocy wykazywał oznaki życia.
Alicja pamiętała jego ruchy i własny wpis dotyczący oddechu.
— Czy był w stanie krytycznym? — zapytał Sebastian.
— Tak. I nie mogłam zagwarantować, że przeżyje. Ale kiedy opuszczałam salę, żył. Został przewieziony na obserwację. Następnie doktor Domański kazał mi nie wpisywać jego danych do wspólnej książki oddziałowej. Powiedział, że nastąpiła zmiana decyzji i wszystko uzupełni lekarz prowadzący.
Klara zacisnęła palce na torebce.
— A nam powiedziano, że nie żyje.
— Dowiedziałam się o tym dopiero z rozmowy na korytarzu. Zapytałam, czy stan dziecka nagle się pogorszył. Nikt nie pokazał mi potwierdzenia zgonu. Polecono mi wrócić do obowiązków.
Sebastian słuchał, wstrzymując oddech.
Chciał usłyszeć od niej zdanie, że ktoś wprost ukradł im syna.
Alicja jednak nie pozwoliła sobie na takie uproszczenie.
Nie wiedziała, co działo się za zamkniętymi drzwiami gabinetu Domańskiego.
Widziała żywe dziecko i później zauważyła brak jego danych w miejscu, w którym powinny być.
— Dlaczego wtedy pani milczała? — zapytał.
Alicja spojrzała mu w oczy.
— Najpierw uwierzyłam, że wyjaśniono sprawę beze mnie. Później znalazłam kartę przewozową chłopca z godziną późniejszą niż ta, o której mówiono rodzicom, że już nie żył. Skopiowałam numer i schowałam notatkę. Zgłosiłam zastrzeżenia przełożonej. Usłyszałam, że pomyliłam dwa przypadki i mogę stracić pracę za naruszenie tajemnicy medycznej.
— Więc wróciła pani do domu? — spytała Klara.
— Tak. I codziennie znajdowałam powód, żeby nie wracać do tej sprawy. To była moja decyzja. Nie zasłonię jej strachem.
Fotografię Sebastianowi zrobiono na korytarzu przez aparat fotografa współpracującego wówczas ze szpitalem.
Odbitkę dołączono do koperty z rzeczami dla Klary.
Kiedy personel porządkował dokumenty, Alicja zauważyła na kopercie dopisek „bliźnięta A/B”, choć w wypisie matki występowała już tylko dziewczynka.
Wyjęła zdjęcie, sądząc, że może kiedyś pomóc ustalić nazwisko rodziny.
— Ukradłam państwu pamiątkę — przyznała. — Nie miałam odwagi zrobić tego, co naprawdę należało zrobić: powiedzieć państwu, co widziałam.
Klara poczuła łzy, ale nie płakała.
Przez tyle lat sądziła, że jej pragnienie zobaczenia syna było dziwne i przesadne.
Teraz obca kobieta przyznała, że istniały powody, by zadawać te pytania.
— Nie mogę pani tego dziś wybaczyć — powiedziała. — Proszę tylko nie wycofywać zeznań.
— Nie wycofam — odpowiedziała Alicja.
Radecka zapytała, dlaczego pielęgniarka odezwała się do Marii dopiero niedawno.
Alicja wyjaśniła, że kilka miesięcy wcześniej spotkała dawną koleżankę, która mimochodem wspomniała o dorastającym chłopcu wychowywanym przez kobietę o nazwisku Nowak.
Nazwisko i data urodzenia obudziły w niej podejrzenie.
Sama odnalazła Marię i dopiero po rozmowie z nią pokazała zdjęcie.
— Nie wiedziałam, czy Eryk to to samo dziecko — zaznaczyła. — Nadal nie wiem na pewno. Ale nie chciałam już siedzieć cicho.
Po spotkaniu Radecka przygotowała zawiadomienie opisujące możliwe fałszowanie dokumentacji i bezprawne przekazanie dziecka.
Sebastian i Klara przekazali kopie swoich dokumentów, a Alicja zgodziła się na formalne przesłuchanie.
Złożyli również wnioski o udostępnienie pełnych zapisów medycznych, świadomi, że niektóre materiały mogą wymagać zabezpieczenia przez śledczych.
Zanim wyszli z kancelarii, Anna Radecka zapisała jeszcze jedną ważną rzecz.
Nawet jeśli badanie potwierdzi pokrewieństwo, żadne z dorosłych nie może samodzielnie zdecydować, że Eryk tego samego dnia zmieni dom, nazwisko i szkołę.
Trzeba będzie wyjaśnić jego sytuację prawną, zapewnić mu poczucie bezpieczeństwa i chronić relację z Marią, przynajmniej dopóki nie zostanie ustalone, czy opieka z jej strony mu nie zagraża.
— A jeśli Maria zostanie oskarżona? — zapytała Klara.
— Wtedy tym bardziej potrzebny będzie plan dla chłopca — odparła prawniczka. — Sprawę jej odpowiedzialności trzeba oddzielić od pytania, co Eryk przeżyje, gdy usłyszy o zmianach.
Sebastian pomyślał o chwili, w której zobaczył syna przed fontanną.
W jego pierwszym odruchu było coś zachłannego: chciał złapać chłopca za rękę i zabrać go do domu, jak gdyby siedem utraconych lat można było odzyskać w jeden dzień.
Dopiero później zauważył, że Eryk za każdym razem najpierw spogląda na Marię, nim odpowie obcej osobie.
Tę więź widział wyraźniej niż jakiekolwiek podobieństwo w rysach twarzy.
Radecka poradziła im też, żeby zapisywali daty i treść rozmów z dorosłymi uczestnikami wydarzeń, ale nie przesłuchiwali dzieci.
Eryk nie miał być źródłem dowodów przeciwko ludziom, którzy decydowali o jego losie, a Lilka nie powinna czuć odpowiedzialności za odkrycie całej sprawy.
Na ulicy Klara stanęła przy ławce i poprosiła, by chwilę odpoczęli.
Sebastian po raz pierwszy zobaczył, jak bardzo męczy ją nie tylko odkrycie, lecz także konieczność powracania do godzin po porodzie.
Przez siedem lat próbowała nauczyć się żyć bez syna.
Teraz miała nadzieję, ale nadzieja również mogła zranić.
— Nie chcę jeszcze nazywać Eryka Mikołajem — powiedziała. — To byłoby tak, jakbym chciała odzyskać tamtego noworodka zamiast poznać chłopca, którym jest dzisiaj.
— Będziemy mówić Eryk — odparł Sebastian. — Tak ma na imię.
Tego popołudnia Maria przysłała im wiadomość, że Eryk chciałby znów zobaczyć Lilkę.
Uzgodnili krótkie spotkanie na placu zabaw, bez rozmów o dokumentach i bez zdjęć publikowanych w internecie.
Po chwili Sebastian dostał od Radeckiej telefon: Alicja przypomniała sobie jeszcze jedną kartę, której numer zapisała w notesie.
Była to karta przekazania noworodka poza oddział.
Przy nazwisku Marii Nowak widniało słowo „tymczasowo”, a dalej odręczny dopisek: „odbiór przez rodzinę wskazaną przez R.D.”.
Sebastian znał inicjały lekarza.
Nie wiedział jednak, dlaczego ktoś planował odebrać dziecko kobiecie, której obiecano stałą opiekę.
Kim miała być ta druga rodzina i czego Maria nie wiedziała o własnym synu?
Czytaj dalej w Części 5.













