— Tato, on wygląda jak ja!
Sebastian Wolski odwrócił się do córki tak gwałtownie, że uśmiech natychmiast zniknął mu z twarzy. Siedmioletnia Lilka stała przy fontannie na placu Szczepańskim w Krakowie i wskazywała chłopca kilka kroków dalej.
— Tato, naprawdę. Spójrz na niego.
Chłopiec był drobny. Miał na sobie za dużą bluzę i spodnie, których nogawki opadały na buty. Wyglądał na zmęczonego; na dłoniach i policzkach miał ślady brudu. Przycisnął do piersi papierową torbę, jakby obawiał się, że ktoś mu ją odbierze.
Ale Sebastian prawie nie dostrzegał jego ubrania.
Zobaczył jasną cerę, niewielki podbródek i głęboko osadzone niebieskie oczy. Takie same jak u Lilki. Takie same jak jego własne.
Przez moment pomyślał, że to przypadek. Że jego córka zauważyła podobieństwo, a on po prostu chciał je zobaczyć. Jednak kiedy chłopiec uniósł głowę, Sebastian poczuł niepokój, którego nie potrafił nazwać.
Przykucnął, żeby nie górować nad nieznajomym dzieckiem.
— Cześć. Jak masz na imię?
— Eryk — odparł chłopiec cicho, nie wypuszczając torby z rąk.
Lilka podeszła bliżej.
— Ja jestem Lilka. A to mój tata.
Eryk spojrzał na Sebastiana. Nie tak, jak patrzy się na przypadkowego przechodnia. Przez dłuższą chwilę badał jego twarz, zatrzymując wzrok na oczach.
Sebastian miał ochotę zapytać, czy chłopiec kogoś szuka, ale coś w jego milczeniu powstrzymało go przed kolejnym pytaniem.
Woda w fontannie szumiała jednostajnie. Niedaleko przechodzili ludzie, słychać było urywki rozmów i ruch samochodów z pobliskich ulic. Dzieci stały naprzeciw siebie, tak podobne, że Sebastian raz po raz przenosił wzrok z jednego na drugie.
Eryk opuścił głowę i zajrzał do papierowej torby.
— Mam coś — powiedział.
Wyciągnął starą, czarno-białą fotografię. Jej brzegi były wyblakłe, a papier miejscami zagięty. Sebastian zobaczył na niej młodszego mężczyznę w szpitalnej sali, trzymającego na rękach niemowlę owinięte kocykiem.
Tym mężczyzną był on.
Wyciągnął rękę, ale palce zaczęły mu drżeć, zanim dotknął zdjęcia.
Znał każdy szczegół tej fotografii. Pamiętał, kiedy ją zrobiono. Pamiętał ciężar dziecka na przedramieniu i to, jak ostrożnie podpierał jego główkę. A przede wszystkim pamiętał, że zdjęcie zaginęło siedem lat wcześniej.
Nie widział go od tamtej pory. Przez długi czas wydawało mu się, że fotografia po prostu gdzieś się zawieruszyła. Teraz patrzył na nią w rękach dziecka, które najwyraźniej nie zdawało sobie sprawy, ile znaczy ten kawałek papieru.
Nie miał pojęcia, skąd zdjęcie wzięło się w papierowej torbie Eryka. Gdyby chłopiec pokazał mu zwykłą fotografię nieznanego mężczyzny, Sebastian próbowałby zapewne pomóc znaleźć rodzinę. Ale tego zdjęcia nie mógł pomylić z żadnym innym. Było związane z najpiękniejszym i najbardziej bolesnym dniem jego życia.
— Skąd to masz? — zapytał, starając się mówić spokojnie.
— Dała mi mama.
Sebastian uniósł wzrok.
— Jak twoja mama ma na imię?
— Maria.
Eryk zawahał się. Zacisnął dłoń na pustym brzegu papierowej torby, jakby zbierał się na odwagę.
— Powiedziała, że jeśli kiedyś spotkam pana z niebieskimi oczami, mam zapytać, czy jest moim tatą.
Lilka zerknęła na ojca, a potem na chłopca.
— Tato?
To jedno słowo zabrzmiało inaczej niż wcześniej. Nie było już w nim dziecięcej ciekawości, z którą zwróciła mu uwagę na podobieństwo. Czekała na odpowiedź, której Sebastian nie umiał znaleźć.
Widział, że Lilka próbuje zrozumieć sytuację, ale sam nie rozumiał jej bardziej niż córka. Chciał ją uspokoić, lecz każde słowo, które przychodziło mu do głowy, brzmiało jak kłamstwo. Nie wiedział, czy powinien wierzyć własnym oczom, wspomnieniom sprzed siedmiu lat, czy obcemu chłopcu z fotografią.
Wciąż trzymał zdjęcie przed sobą. Wszystko dookoła wydawało mu się dziwnie odległe, choć woda dalej płynęła, samochody jeździły, a ludzie mijali fontannę jak zwykle.
Przed oczami stanęła mu szpitalna sala sprzed siedmiu lat.
Klara, jego żona, właśnie urodziła. Lekarze podali mu jedno z dzieci: dziewczynkę. Lilkę. Była maleńka i ciepła, a on bał się poruszyć, żeby nie zrobić jej krzywdy.
Miało jednak urodzić się dwoje dzieci.
Powiedziano im, że podczas porodu wystąpiły komplikacje. Drugie dziecko, chłopiec, nie przeżyło.
Sebastian pamiętał te słowa równie wyraźnie jak dzień, w którym usłyszał je po raz pierwszy. Przez siedem lat nie podawał ich w wątpliwość. Przyjął do wiadomości, że będzie wychowywał córkę i nigdy nie pozna syna.
Teraz przed fontanną stał chłopiec mniej więcej w wieku Lilki. Miał jej oczy, jej podbródek i fotografię, której Sebastian szukał kiedyś bez skutku. Znał też imię kobiety, o której Sebastian nie wiedział nic poza tym, że miała być jego matką.
Czy takie podobieństwo mogło być przypadkowe? Dlaczego Maria miała zdjęcie z tamtego dnia? I dlaczego kazała Erykowi szukać właśnie mężczyzny o niebieskich oczach?
Sebastian spojrzał na fotografię jeszcze raz. Potem na Lilkę. Wreszcie na Eryka, który czekał w milczeniu, mocno przyciskając torbę do piersi.
Chciał odpowiedzieć. Chciał zadać chłopcu sto pytań, ale zdołał wypowiedzieć tylko początek jednego zdania.
— Ty jesteś moim…
Urwał. Nie potrafił powiedzieć nic więcej.













