Wieczorem Sebastian położył na kuchennym stole trzy rzeczy: kopię fotografii, wypis Klary ze szpitala i kartkę z numerem telefonu Marii.
Oryginał zdjęcia został u Eryka, bo chłopiec nie chciał rozstawać się z jedynym przedmiotem, który miał mu pomóc znaleźć ojca.
Sebastian uszanował tę decyzję, a Maria pozwoliła sfotografować obie strony dokumentu.
Klara wyciągnęła z szuflady teczkę, której nie otwierała od narodzin Lilki.
W środku trzymała wyniki badań z ciąży, zdjęcia USG i kartkę z odręcznie wypisanymi imionami. „Lilia i Mikołaj” — tak zamierzali nazwać dzieci, zanim lekarz powiedział im, że chłopiec nie żyje.
— Eryk nie wie, że miał być Mikołajem — powiedziała Klara. — I nie musi się tego dowiedzieć, dopóki sam nie zapyta.
Sebastian zgodził się bez sprzeciwu.
Jeszcze kilka godzin wcześniej zbyt łatwo próbował dopasować chłopca do pustego miejsca, które przez siedem lat nosił w sercu.
Teraz rozumiał, że Eryk ma własne życie, zwyczaje i osobę, którą nazywa mamą.
Na wypisie Klary widniała informacja o ciąży bliźniaczej.
Dalej umieszczono rubrykę dotyczącą żywo urodzonej dziewczynki.
Dokument wspominał o komplikacjach przy drugim porodzie, ale nie zawierał numeru karty chłopca ani informacji, gdzie ją przechowywano.
— Pytałam o to jeszcze przed wyjściem — przypomniała Klara. — Powiedziano mi, że wszystkie formalności załatwiono osobno. Chciałam zobaczyć syna. Usłyszałam, że jego stan po śmierci był zbyt ciężki, żeby mi go pokazać.
Sebastian pamiętał, jak mocno ściskała wtedy jego rękę.
On sam uwierzył lekarzowi, bo myślał, że chroni żonę przed dodatkowym cierpieniem.
Nie pytał o każdy dokument.
A później przez lata tłumaczył jej niechęć do rozmowy o porodzie tym, że żałoba potrzebuje ciszy.
— Powinienem był wtedy zapytać — powiedział.
— Oboje powinniśmy. Ale to nie my odpowiadaliśmy za szpitalne papiery.
Sebastian zaczął przeglądać kolejne kartki.
Znalazł potwierdzenie odbioru rzeczy osobistych, które podpisał w dniu wypisu, lecz nie odnalazł dokumentu potwierdzającego zgon chłopca.
Przez lata nie zwracał na to uwagi, ponieważ pracownik szpitala powiedział mu, że procedury dotyczące tak małych dzieci wyglądają inaczej.
Nie potrafił już przypomnieć sobie ani nazwiska tej osoby, ani dokładnych słów.
W teczce leżały też dwie maleńkie czapeczki, biała i żółta.
Klara zrobiła je jeszcze przed porodem, kiedy każdego wieczoru zastanawiali się, jak będą dzielić opiekę nad bliźniętami.
Żółta czapeczka nigdy nie została założona.
Sebastian trzymał ją w dłoni i czuł wstyd, że w jego pamięci syn stał się przede wszystkim pustą rubryką w rodzinnych opowieściach.
— Nie chcę, żebyśmy teraz szukali winnego w sobie — powiedziała Klara. — Jeśli Eryk naprawdę żyje, będziemy potrzebowali sił, żeby go poznać. A jeśli nie jest naszym synem, nie wolno nam go zranić własną nadzieją.
Następnego ranka skontaktowali się z adwokatką zajmującą się sprawami rodzinnymi, Anną Radecką.
Nie obiecała im szybkiej odpowiedzi.
Wyjaśniła, że podobieństwo dzieci i fotografia mogą uzasadniać sprawdzenie sprawy, lecz nie wystarczą do ustalenia pokrewieństwa ani zmiany dokumentów.
— Najpierw zabezpieczymy to, co już państwo mają — powiedziała. — Następnie zwrócimy się o pełną dokumentację porodową i ustalimy drogę legalnego badania genetycznego. Jeśli ktoś świadomie podał fałszywe informacje o narodzinach, będzie to wymagało zawiadomienia odpowiednich organów.
Maria zgodziła się przyjść do kancelarii po południu.
Przyprowadziła Eryka, ale na czas rozmowy dzieci usiadły w sąsiednim pokoju z kredkami i książkami.
Klara uprzedziła Lilkę, że dorośli będą rozmawiali o sprawach sprzed jej narodzin, a ona może w każdej chwili przyjść i zadać pytanie.
Maria wyjęła z torebki akt urodzenia Eryka.
W rubryce matki widniało jej nazwisko.
Data i miejsce narodzin zgadzały się z urodzeniem Lilki.
Sebastian odruchowo sięgnął po dokument, lecz zatrzymał rękę, kiedy zobaczył, że Maria przyciska go do blatu.
— Nie zabieram go pani — powiedział.
— Wiem. Tylko od siedmiu lat ten papier jest jedynym dowodem, że mogę się nim opiekować.
Adwokatka zapytała, kto załatwiał formalności.
Maria powiedziała, że w czerwcu, siedem lat wcześniej, pracowała dorywczo przy opiece nad niemowlętami wymagającymi rehabilitacji.
Skierowano ją wtedy do dziecka, o którym powiedziano, że matka zrzekła się kontaktu, a dokumenty zostaną uregulowane przez placówkę.
Nie istniała jednak żadna decyzja sądu o adopcji ani o ustanowieniu pieczy zastępczej.
— Wiedziałam, że go nie urodziłam — przyznała. — Kiedy dostałam akt urodzenia, przestraszyłam się. Powiedziano mi, że tak będzie bezpieczniej, bo chłopiec potrzebował stałego domu. Zamiast iść do urzędu i zapytać, uwierzyłam ludziom, którzy mieli stanowiska i pieczątki.
— Kto pani to powiedział? — zapytała Radecka.
— Doktor Roman Domański. I pracownica administracji szpitala, Jolanta Król. Nie chcę udawać, że nie miałam wyboru. Miałam. Bałam się tylko, że kiedy odmówię, Eryk zniknie gdzieś indziej.
Sebastian odwrócił głowę.
Gniew, który czuł do Marii, nie ustąpił.
Jednak zobaczył też, że kobieta nie próbuje przedstawić się jako niewinna obserwatorka.
Opowiedziała o własnej decyzji, zanim ktokolwiek zdążył ją o nią oskarżyć.
— Dlaczego przyszła pani dopiero teraz? — spytała Klara.
— Po infekcji Eryka lekarz zapytał o choroby dziedziczne. Wróciłam do dokumentów i znalazłam dwa różne numery identyfikacyjne przy tej samej dacie urodzenia. Zaczęłam szukać ludzi z tamtego oddziału. Trzy tygodnie temu skontaktowała się ze mną Alicja Borkowska. Ona powiedziała mi, że dziecko nie zostało porzucone.
— Zgodzi się zeznawać? — zapytała adwokatka.
Maria przez chwilę patrzyła w telefon.
— Napisała, że przyjedzie tutaj jutro. Poprosiła, żeby nie kontaktować się wcześniej ze szpitalem. Powiedziała, że najpierw musi pokazać państwu coś, czego nie wolno jej było wynosić.
Radecka zanotowała tę informację.
Dodała, że dokumenty pochodzące z niejasnego źródła trzeba będzie przekazać śledczym w sposób umożliwiający sprawdzenie ich autentyczności, a nie rozpowszechniać w internecie.
Kiedy spotkanie dobiegło końca, Eryk wszedł do pokoju z rysunkiem.
Przedstawiał fontannę i trzy postacie trzymające się za ręce.
Klara zauważyła, że narysował Marię po jednej stronie, a Lilkę po drugiej.
Sebastian stał trochę dalej, jakby chłopiec nie wiedział jeszcze, gdzie go umieścić.
— Mogę zabrać kredki? — zapytał Eryk.
— Tak, jeśli pani Anna pozwoli — odpowiedziała Klara, ostrożnie używając zwyczajnego tonu.
Dzieci wyszły z Marią.
Sebastian i Klara zostali jeszcze kilka minut, żeby omówić możliwe badanie DNA.
Uzgodnili, że nie będą podejmować żadnych działań bez poinformowania Marii i bez uwzględnienia potrzeb Eryka.
Przed drzwiami kancelarii Sebastian zatrzymał żonę.
— Jeśli to nasz syn, nie chcę odbierać mu osoby, która go wychowała — powiedział. — Ale też nie potrafię udawać, że tamten dzień się nie wydarzył.
Klara skinęła głową.
Nazajutrz miała przyjść kobieta, która była na oddziale wtedy, gdy mówiono im o śmierci chłopca.
Sebastian po raz pierwszy od siedmiu lat miał usłyszeć relację kogoś spoza własnej rodziny.
Co zapamiętała pielęgniarka i dlaczego milczała tak długo?
Odpowiedzi czekają w Części 4.













