Sebastian dokończył zdanie dopiero w myślach.
Na głos powiedział tylko, że muszą znaleźć mamę Eryka.
Nie chciał obiecywać chłopcu ojcostwa na podstawie podobieństwa i zdjęcia, choć każda minuta milczenia wydawała mu się okrutna.
— Jest blisko — szepnął Eryk. — Kazała mi czekać przy fontannie, a sama poszła po coś do picia.
— To chodźmy usiąść w miejscu, z którego będzie nas widziała — zaproponował Sebastian.
Lilka chwyciła go za rękaw.
— Nie zostawisz go tutaj, prawda?
— Nie zostawię. Ale najpierw musimy dowiedzieć się, co się wydarzyło.
Wybrali stolik przy oknie niewielkiej kawiarni, kilka kroków od placu.
Sebastian poprosił o trzy kanapki i wodę, choć sam nie był w stanie przełknąć nawet łyka.
Eryk położył papierową torbę na kolanach, a zdjęcie wsunął między jej zagięcia, jakby bał się, że dorosły zaraz mu je odbierze.
Sebastian wyjął telefon.
Wybrał numer Klary i odsunął się na tyle, by dzieci nie słyszały każdego słowa.
— Coś się stało Lilce? — zapytała żona, zanim zdążył się odezwać.
— Jest bezpieczna. Ale musisz przyjechać na plac Szczepański. Spotkaliśmy chłopca. Ma zdjęcie ze szpitala.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Jakie zdjęcie?
— To, na którym trzymam Lilkę. To, którego nie mogliśmy znaleźć. Klara, on może być…
Nie wypowiedział słowa „syn”.
Przez telefon usłyszał szybki oddech żony.
— Nie mów nic dzieciom, dopóki tam nie będę — poprosiła. — Jadę.
Kiedy wrócił do stolika, Lilka odsłaniała z kanapki plaster pomidora.
Eryk wpatrywał się w jedzenie, ale nie sięgał po nie.
Sebastian przesunął talerz bliżej chłopca i powiedział, że może zjeść, nawet jeśli nie ma apetytu na rozmowę.
— Mama mówi, że nie powinniśmy brać rzeczy od obcych — odezwał się Eryk.
— Ma rację. Dlatego zaraz ją znajdziemy i spytamy, czy możesz.
Eryk pierwszy raz nieznacznie się uśmiechnął.
Lilka roześmiała się, bo uznała odpowiedź ojca za zabawną.
Sebastian poczuł ukłucie bólu: oboje zachowywali się przez chwilę jak zwykłe dzieci, a on nie wiedział, co przyniesie im następna godzina.
Za szybą zatrzymała się kobieta w granatowym płaszczu.
Miała wilgotne włosy, torbę przewieszoną przez ramię i rozglądała się gorączkowo.
Eryk zerwał się z krzesła.
— Mama!
Kobieta weszła do środka i przytuliła go tak mocno, że aż jęknął.
Dopiero wtedy spojrzała na Sebastiana.
Nie była zaskoczona jego obecnością.
Wyglądała raczej na kogoś, kto przygotował się do spotkania, lecz w ostatniej chwili stracił odwagę.
— Maria Nowak — przedstawiła się. — Przepraszam, że postawiłam państwa w takiej sytuacji.
— Skąd pani ma moje zdjęcie? — zapytał Sebastian.
Maria usiadła, wciąż trzymając Eryka za rękę.
— Dostałam je trzy tygodnie temu od kobiety, która pracowała przy jego narodzinach. Przez siedem lat przechowywała je u siebie. Powiedziała, że zabrała fotografię z koperty przeznaczonej dla państwa, bo bała się, że ktoś ją zniszczy.
— Jak się nazywa?
— Alicja Borkowska. Była pielęgniarką na oddziale noworodków. Obiecała mi, że opowie wszystko, jeśli najpierw odnajdę rodziców chłopca.
Sebastian patrzył na Marię z rosnącym gniewem.
Nie rozumiał, dlaczego przez siedem lat nikt nie zapukał do jego drzwi.
Maria wytrzymała spojrzenie, choć dłonie drżały jej na stole.
— Eryk jest moim synem — powiedziała. — Wychowałam go od pierwszych tygodni życia. Ale nie urodziłam go. I dopiero niedawno dowiedziałam się, że ludzie, którzy mi go przekazali, mogli okłamać jego prawdziwych rodziców.
— Przekazali? Kto?
— Lekarz i kobieta zajmująca się dokumentami. Powiedzieli, że dziecko zostało porzucone. Zapewniali, że wszystko będzie uregulowane. Wtedy uwierzyłam, bo tak bardzo chciałam mu pomóc.
— Ma pani dokumenty adopcyjne?
Maria spuściła wzrok.
— Mam akt urodzenia, w którym wpisano mnie jako matkę. Nie mam wyroku adopcyjnego. Wiem, jak to brzmi. Zaczęłam zadawać pytania po jego chorobie, kiedy lekarz poprosił o informacje o biologicznej rodzinie. Wtedy zauważyłam, że w papierach nie zgadzają się daty.
Sebastian chciał zapytać, czemu natychmiast nie poszła na policję, ale Eryk dotknął jej rękawa.
Zobaczył, jak chłopiec kurczowo ściska palce kobiety, którą znał jako jedyną matkę.
Odłożył pytanie.
Nie chciał, żeby Eryk usłyszał oskarżenie, zanim ktokolwiek ustali fakty.
— Jak pani nas znalazła? — spytał ciszej.
— Alicja podała nazwisko i adres sprzed siedmiu lat. W internecie znalazłam zdjęcie z rodzinnego spaceru, zrobione właśnie tutaj. Od dwóch sobót przychodzę na plac. Dzisiaj zobaczyłam państwa z daleka i zabrakło mi odwagi. Eryk wiedział, że może pokazać fotografię tylko panu. Stałam niedaleko cały czas.
— Kazała mu pani pytać nieznajomych o ojca?
— Nie. Wytłumaczyłam mu, którego mężczyzny szukamy. Wiem, że nie powinnam była obarczać go takim zadaniem.
Drzwi kawiarni otworzyły się ponownie.
Weszła Klara, blada i zdyszana.
Sebastian wstał, ale jego żona nie patrzyła na niego.
Widziała tylko dwoje dzieci siedzących obok siebie.
Lilka podbiegła do matki.
— Mamo, znalazłam chłopca podobnego do mnie.
Klara uklękła przy Eryku, nie dotykając go bez pozwolenia.
Przyjrzała się jego twarzy, potem przełknęła ślinę.
— Kiedy się urodziłeś? — zapytała.
— Czternastego czerwca — odpowiedział. — Tak mówi mama.
Klara powoli osunęła się na wolne krzesło.
Była to data urodzenia Lilki.
Sebastian wyciągnął do niej dłoń, lecz żona nie od razu ją przyjęła.
— Tego dnia — powiedziała do Marii — zabrano mi syna, zanim zdążyłam go zobaczyć. Czy pani rozumie, o czym teraz rozmawiamy?
Maria skinęła głową.
W jej oczach pojawiły się łzy, ale niczego nie próbowała usprawiedliwiać.
— Rozumiem, że każde moje wyjaśnienie zabrzmi za późno.
Sebastian zauważył, że Lilka znowu przesuwa kanapkę po talerzu.
Jej twarz była poważna, a spojrzenie utkwione w matce.
Usiadł przy córce, chociaż sam najbardziej pragnął pobiec po stare teczki i porównać każdy podpis z pamięcią tamtego dnia.
— Jeśli Eryk jest moim bratem, to dlaczego nigdy nie był u nas? — spytała Lilka.
— Tego właśnie próbujemy się dowiedzieć — odpowiedział. — Nikt nie powinien był stawiać was przed takim pytaniem bez wyjaśnienia.
— A mama Eryka będzie smutna, jeśli on pójdzie z nami?
Maria usłyszała pytanie i odwróciła głowę.
Sebastian położył dłoń na stole między dziećmi.
— Dziś nikt nigdzie nie musi się przenosić. Najpierw zajmiemy się prawdą, a potem będziemy rozmawiać o tym, co dla was bezpieczne.
Klara patrzyła na Eryka tak długo, że chłopiec schował się za ramieniem Marii.
Wtedy odsunęła krzesło, żeby dać mu więcej miejsca, i zapytała, czy wolno jej zobaczyć fotografię.
Eryk podał ją bez słowa.
Klara odwróciła zdjęcie.
Na odwrocie, pod wyblakłym numerem sali, dostrzegła zapis wykonany niebieskim długopisem: „Wolska, bliźnięta A/B”.
— Sebastian — wyszeptała. — W moim wypisie nie było żadnego dziecka B.
Po raz pierwszy od siedmiu lat wypowiedziała głośno coś, co przez cały ten czas ukrywała również przed nim: nigdy nie pogodziła się z tym, że nie pozwolono jej zobaczyć syna.
Sebastian zrozumiał, że fotografia nie jest jeszcze dowodem ojcostwa.
Ale dopisek na odwrocie wskazywał pytanie, przed którym nie mogli już uciec.
Dlaczego szpitalna dokumentacja jego żony mówiła o jednym dziecku, skoro pamiętali dwoje?
Aby dowiedzieć się, skąd wzięły się dwa sprzeczne zapisy, przejdź do Części 3.













