Następnego dnia Henryk nie pojechał od razu do syna.
Najpierw wrócił do sklepu, zamknął drzwi gabinetu i otworzył tę samą księgę, którą przeglądał, gdy Zosia pojawiła się przy ladzie.
Własne zapiski zawsze wydawały mu się bardziej wiarygodne niż cudze zapewnienia.
Teraz nie był już tego pewien.
Maciek przyniósł mu kawę i zapytał, czy powinien powiadomić klientów o skróconych godzinach pracy.
Henryk poprosił, żeby przez kilka dni zamykali wcześniej.
Nie chciał opowiadać pracownikowi rodzinnych tajemnic, ale powiedział mu jedno: dziewczynka z pierścionkiem znalazła pomoc i jest bezpieczna.
Maciek przyjął tę wiadomość z widoczną ulgą.
W starym metalowym regale Henryk trzymał archiwalne zeszyty z czasów, kiedy nie wszystkie rachunki prowadziło się na komputerze.
Odnalezienie właściwego roku zajęło mu niemal godzinę.
Przez ten czas dwukrotnie odkładał księgę, bo ręce zaczynały mu drżeć.
W końcu natrafił na numer przelewu przepisany z kartki, którą zachowała Anna.
Obok widniała kwota sto osiemdziesiąt tysięcy złotych.
W kolumnie wydatków wpisano „zaliczka inwestycyjna”, lecz miejsce na potwierdzenie odbioru pozostawało puste.
Niżej, innym charakterem pisma, ktoś dopisał: „Do wyjaśnienia z Wiktorem”.
Henryk rozpoznał notatkę dawnej księgowej, Ewy Tomaszewskiej.
Nie pamiętał, by ktokolwiek wyjaśnił mu tamtą pozycję.
Pamiętał natomiast, że kilka tygodni później Wiktor ogłosił mu zniknięcie Anny i przekonywał, że córka zabrała pieniądze firmy.
Henryk był wtedy po operacji i sporą część spraw urzędowych powierzył synowi.
Jedną z nich było odbieranie korespondencji.
Między stronami księgi znalazł jeszcze niewielką kartkę z datami dostaw.
Wiktor przez kilka tygodni wypłacał gotówkę na materiały remontowe, ale każda z tych wypłat miała inny numer i była rozliczona paragonem.
Przelew na sto osiemdziesiąt tysięcy złotych wyróżniał się właśnie brakiem takiego rozliczenia.
Henryk starannie sfotografował oba rodzaje zapisów, a potem odłożył oryginalne księgi do zamykanej szafy.
Nie chciał wybierać tylko tych kartek, które wyglądały niekorzystnie dla syna.
Jeśli miał sprawdzić prawdę, musiał pokazać również dokumenty świadczące o rzeczywistych wydatkach Wiktora na sklep.
Wiedział, że takie postępowanie zajmie więcej czasu, ale pośpiech już raz kosztował go relację z córką.
Zadzwonił do Ewy.
Kobieta była już na emeryturze, ale rozpoznała jego głos.
Gdy usłyszała numer operacji, na chwilę zamilkła.
„Pamiętam ten przelew”, powiedziała w końcu. „Prosiłam Wiktora, żeby przyniósł zgodę pana Henryka. Twierdził, że dokument zostawił u notariusza, choć nie potrafił powiedzieć, do jakiej czynności był potrzebny”.
„Czy Anna miała cokolwiek wspólnego z wypłatą?”
„Ona właśnie zaczęła pytać, dlaczego pieniądze poszły do firmy brata. Potem przestała przychodzić do sklepu”.
„Dlaczego pani mi tego nie powiedziała?”
„Próbowałam. Pan był wtedy w szpitalu, a później Wiktor mówił, że sprawa została załatwiona. W końcu odeszłam. Dzisiaj żałuję, że nie nalegałam”.
Henryk nie miał prawa udawać, że tylko inni zaniedbali własne obowiązki.
Sam podpisał niejedno upoważnienie bez przeczytania całej treści, bo uważał, że Wiktor nie wykorzysta jego zaufania.
Nie oznaczało to jednak, że wyraził zgodę na zabranie pieniędzy.
Ewa zgodziła się opowiedzieć, co pamięta, niezależnej prawniczce.
Henryk umówił spotkanie z Martą Olszewską, której wcześniej powierzał sprawy niezwiązane z rodziną.
Pokazał jej wezwanie z motelu, kopie listów Anny i oba zapisy dotyczące przelewu.
„Proszę nie wyciągać wniosków tylko z podobieństwa pisma”, uprzedziła Marta. „Po dwudziestu latach trzeba oddzielić dokumenty oryginalne od kopii i sprawdzić, co da się jeszcze potwierdzić. Osobno potraktujemy obecną sytuację pani Anny. Tu działania mogą być szybsze”.
„Chcę odzyskać to, co Wiktor jej zabrał”.
„Najpierw musimy ustalić, co naprawdę zostało zabrane i komu. Nie obiecam panu ani wyroku, ani zwrotu pieniędzy. Mogę natomiast zabezpieczyć dokumenty i pomóc państwu podjąć świadome decyzje”.
Henryk docenił tę ostrożność.
Przez lata żył z historią, którą ktoś opowiedział mu z przekonaniem.
Nie zamierzał zastępować jej kolejną historią tylko dlatego, że brzmiała bardziej sprawiedliwie.
Po spotkaniu z prawniczką Henryk przez kilka minut stał na chodniku, nie mogąc zdecydować, czy ma zadzwonić do Wiktora.
Jeszcze niedawno wystarczyłoby mu jedno wyjaśnienie syna, żeby uznać sprawę za zamkniętą.
Teraz rozumiał, że powinien słuchać obu swoich dzieci, choć żadne słowa nie zwolnią go z obowiązku samodzielnego sprawdzania faktów.
Przypomniał sobie dzień, w którym osiemnastoletnia Anna wróciła ze swojego występu.
Była dumna, ale pierwsze pytanie, które zadała, dotyczyło tego, czy ojciec zdążył obejrzeć cały taniec.
Wtedy obiecał jej, że zawsze znajdzie czas, żeby ją wysłuchać.
Nie wiedział, kiedy dokładnie złamał tę obietnicę, bo nie wydarzyło się to w jednej wielkiej kłótni.
Stało się poprzez wiele małych zgód na wygodne milczenie.
W szpitalu Anna była już w stanie samodzielnie usiąść.
Na stoliku obok łóżka leżał rysunek Zosi przedstawiający trzy osoby trzymające się za ręce.
Henryk nie zapytał, czy jedną z nich miał być on.
Usiadł na krześle i długo rozmawiali o rzeczach, których nie dotyczyły dokumenty.
Anna opowiedziała, że po wyjeździe do Łodzi pracowała w małej pracowni krawieckiej.
Później poznała Piotra, ojca Zosi, spokojnego człowieka, który nigdy nie próbował zmuszać jej do mówienia o rodzinie.
Piotr zmarł cztery lata wcześniej po ciężkiej chorobie.
Od tamtej pory Anna samotnie utrzymywała córkę i brała każdą uczciwą pracę, na jaką pozwalało jej zdrowie.
„Dlaczego wróciłaś do Krakowa?” zapytał Henryk.
„Dostałam zlecenie na poprawki kostiumów teatralnych. Liczyłam, że odłożę trochę pieniędzy. Potem zachorowałam, a oszczędności szybko się skończyły”.
„Mogłaś przyjść do mnie”.
„Myślałam o tym. Kiedy zobaczyłam sklep z daleka, nie potrafiłam wejść. Bałam się, że znowu usłyszę, iż nie jestem twoją córką”.
Henryk poczuł ciężar słów, których nigdy jej nie powiedział, ale których nie zdołał przed nią obronić.
„To Wiktor użył takich słów?”
Anna potwierdziła ruchem głowy.
„Powiedział, że wypisałeś mnie z rodziny, bo okradłam sklep. Pokazał kartkę z twoim nazwiskiem. Nawet nie przyszło mi do głowy, że może kłamać w takiej sprawie”.
Henryk obiecał, że nie będzie już podejmował decyzji o Annie bez jej udziału.
Zaproponował, by po wypisie zamieszkała z Zosią w jego wolnym mieszkaniu, lecz Anna poprosiła o czas na zastanowienie.
Uszanował to.
Nie chciał, by pomoc stała się kolejną formą nacisku.
Przed wyjściem Anna poprosiła ojca, by nie rozmawiał z Wiktorem o jej leczeniu bez wyraźnej zgody.
Bała się, że brat znów zacznie przedstawiać się jako jedyny człowiek zdolny do załatwiania rodzinnych spraw.
Henryk zgodził się natychmiast.
„Chcę pomóc, ale ty musisz mi powiedzieć, na co się zgadzasz”, podkreślił.
Anna odpowiedziała, że potrzebuje spokojnego miejsca po wypisie, informacji od lekarzy i pewności, że Zosia może liczyć na bezpieczną opiekę.
Nie potrzebowała natomiast kolejnego dorosłego mężczyzny podejmującego decyzje za nią.
Henryk przyjął to bez urażonej dumy.
Zrozumiał, że odbudowa zaufania zaczyna się od respektowania granic, nawet gdy chciałoby się wszystko naprawić natychmiast.
Kiedy wychodził ze szpitala, zadzwonił Wiktor.
„Wiem, że grzebiesz w starych dokumentach”, oznajmił bez przywitania. „Jeżeli chcesz znać prawdę, przyjedź do mojego biura. Pokażę ci coś, czego Anna nigdy ci nie pokazała”.
Henryk poprosił Martę, by towarzyszyła mu podczas spotkania.
Nie zamierzał więcej rozmawiać o losie córki za zamkniętymi drzwiami.
Wiktor zgodził się niechętnie.
A potem przesłał zdjęcie dokumentu, na którym pod zgodą na przelew widniał podpis podobny do podpisu Henryka.
Czy to naprawdę ojciec zezwolił na operację, która rozdzieliła rodzinę?
Sprawdź w Części 5, co kryje się za tajemniczym podpisem.













