Henryk przeczytał nazwisko na wezwaniu jeszcze raz.
Nie pomylił charakteru pisma, ale przez krótką chwilę miał nadzieję, że zbieżność nazwisk da się jakoś wyjaśnić.
Na dole widniała pieczątka firmy zarządzającej motelem, którą Wiktor prowadził od kilku lat.
„Jak masz na imię?” zapytał dziewczynkę.
„Zosia”.
„Zosiu, czy mama może mówić? Czy oddycha normalnie?”
„Mówi bardzo cicho. Od wczoraj prawie nie pije. A rano przewróciła się, kiedy chciała dojść do drzwi”.
Henryk odłożył wezwanie i natychmiast zadzwonił pod numer alarmowy.
Podał adres motelu, numer pokoju i wszystko, co zdołał ustalić.
Dyspozytorka poleciła, by ktoś pozostał przy chorej do przyjazdu zespołu ratownictwa.
Henryk poprosił sprzedawcę, Maćka, żeby przyniósł dziewczynce kopertę z obiecanymi pieniędzmi.
„A pierścionek?” spytała Zosia, gdy zobaczyła, że starszy mężczyzna wkłada go do małego pudełka.
„Nie kupuję go od ciebie. Przechowam go, aż twoja mama sama zdecyduje, co z nim zrobić”.
„Ale pieniądze…”
„Są dla was. Nie musisz niczego oddawać”.
Maciek patrzył na nich bez słowa.
Henryk zostawił mu krótką instrukcję dotyczącą zamknięcia kasy, po czym wyszedł z Zosią na ulicę.
Zatrzymali taksówkę.
Przez całą drogę dziecko ściskało kopertę obiema dłońmi i co kilka chwil zerkało na telefon Henryka, jakby oczekiwało, że ktoś zadzwoni z dobrą wiadomością.
„Ile masz lat?” zapytał ostrożnie.
„Jedenaście. Za miesiąc dwanaście”.
„A mama mówiła ci kiedyś o swoim ojcu?”
Zosia skinęła głową.
„Powiedziała, że kiedyś bardzo ją kochał. Tylko potem przestał chcieć z nią rozmawiać”.
Henryk odwrócił twarz ku oknu.
Nie wiedział, co odpowiedzieć, ponieważ przez dwadzieścia lat każdego dnia czekał na jakąkolwiek wiadomość od Anny.
Nigdy nie odmówiłby rozmowy, gdyby naprawdę próbowała do niego dotrzeć.
Na czerwonym świetle Zosia wyjęła z kieszeni zmięty paragon z apteki.
Pokazała Henrykowi nazwy leków, które kupiła dzień wcześniej za ostatnie pieniądze matki.
Nie miała pojęcia, czy były odpowiednie na tę chorobę; kierowała się jedynie tym, co Anna zdążyła powiedzieć przez gorączkę.
Henryk schował paragon do koperty z dokumentami, by lekarze mogli zobaczyć, co chora przyjmowała.
„Nie będziesz musiała zgadywać takich rzeczy sama”, zapewnił.
Zosia nie odpowiedziała od razu.
Dopiero po chwili przyznała, że w nocy czuwała przy łóżku matki i przykładała jej mokrą ściereczkę do czoła.
Dzwoniła do kilku dorosłych znajomych, ale jedni byli w pracy, inni mieszkali daleko.
Henryk poczuł wstyd, że jego wnuczka musiała zachowywać się jak opiekunka dorosłego człowieka, podczas gdy on codziennie rano otwierał sklep zaledwie kilka kilometrów od motelu.
Motel Pod Klonami stał przy ruchliwej drodze, za niewielkim parkingiem.
Na recepcji siedziała kobieta w granatowym swetrze, Ilona.
Kiedy Henryk powiedział, że wezwał karetkę do pokoju dwunastego, natychmiast zerwała się z krzesła.
„Dobrze, że ktoś wreszcie zadzwonił. Wczoraj proponowałam tej pani pomoc, ale powiedziała, że córka jest przy niej”.
„Dlaczego nie wezwała jej pani sama?”
Ilona spuściła wzrok.
„Nie wiedziałam, że jest aż tak źle. A kierownik kazał mi nie wtrącać się w sprawy tego pokoju”.
„Jaki kierownik?”
„Pan Wiktor Walczak”.
Henryk nie odpowiedział.
Zosia chwyciła go za rękaw i poprowadziła na piętro.
Drzwi pokoju były tylko przymknięte.
Wewnątrz pachniało wilgotnym ręcznikiem i lekarstwami, których opakowania stały na nocnej szafce.
Na łóżku leżała wychudzona kobieta o zapadniętych policzkach.
Henryk potrzebował kilku sekund, by w jej dorosłej twarzy odnaleźć rysy córki.
Nie przypominała już osiemnastolatki z sali tanecznej.
Miała siwe pasma przy skroniach i ślad zmęczenia, którego nie dało się ukryć nawet pod zamkniętymi powiekami.
Ale drobna blizna nad prawą brwią pozostała dokładnie tam, gdzie zapamiętał ją z dzieciństwa.
„Anno?”
Kobieta poruszyła głową.
Jej oczy otworzyły się na moment.
„Tato?” wyszeptała.
Potem zaczęła kaszleć tak mocno, że Zosia podbiegła do łóżka.
Henryk nie próbował jej podnosić ani podawać przypadkowych leków.
Ułożył poduszkę wygodniej, sprawdził, czy oddycha, i ponownie przekazał dyspozytorce informacje o pogorszeniu stanu chorej.
Ratownicy dotarli po kilku minutach.
Zbadali Annę, założyli jej tlen i zdecydowali o pilnym przewiezieniu do szpitala.
Jeden z nich wyjaśnił Henrykowi, że wysoka gorączka, osłabienie i trudności w oddychaniu wymagają natychmiastowej diagnostyki.
Nie obiecał, że wszystko skończy się dobrze.
Gdy przygotowywano nosze, Anna niespodziewanie złapała ojca za dłoń.
„Torba”, powiedziała z wysiłkiem.
Henryk pochylił się bliżej.
„Jestem tutaj. Zajmę się Zosią”.
„Szara teczka… nie dawaj jej Wiktorowi”.
Ratownik poprosił, żeby nie męczył chorej pytaniami.
Henryk znalazł pod łóżkiem znoszoną torbę podróżną, w której rzeczy ułożono starannie, jakby ich właścicielka każdego dnia musiała być gotowa do kolejnej przeprowadzki.
W bocznej kieszeni leżała szara teczka spięta gumką.
Zabrał torbę dopiero po upewnieniu się, że Anna chce, by to zrobił.
W drodze na dół Ilona wręczyła mu potwierdzenie wpłaty za pokój.
Wynikało z niego, że Anna opłaciła pobyt jeszcze na dwie noce, chociaż w wezwaniu napisano, że ma natychmiast opuścić motel.
Recepcjonistka powiedziała cicho, że nie rozumie tego polecenia, lecz nie chciała go kwestionować przed przełożonym.
„Proszę zachować oryginał w dokumentacji”, powiedział Henryk. „Jeśli będzie trzeba, prawnik sprawdzi obie kartki”.
Nie zamierzał wykłócać się o pieniądze w chwili, kiedy ratownicy walczyli o bezpieczne przewiezienie Anny.
Jednak rozbieżność między wezwaniem a potwierdzeniem wpłaty zapamiętał dokładnie.
Po raz pierwszy miał dowód, że sprawa wykracza poza zwykłe zaległości za nocleg.
Przed motelem zobaczył nadjeżdżający ciemny samochód.
Wysiadł z niego Wiktor, elegancki, z telefonem w dłoni.
Na widok karetki zwolnił krok.
„Ojcze? Co ty tutaj robisz?”
„Pomagam twojej siostrze”.
Wiktor spojrzał na Zosię, potem na nosze.
Przez moment jego twarz była całkowicie nieruchoma.
„Nie rozumiesz całej sytuacji. Anna ma poważne kłopoty i nie powinieneś się w to mieszać”.
„Moja córka jest chora. A ty podpisałeś pismo, żeby wyrzucić ją z pokoju”.
„To sprawa firmy. Zalegała z opłatą”.
„Porozmawiamy, kiedy będzie bezpieczna”.
Wiktor zrobił krok ku torbie.
„Przynajmniej oddaj mi dokumenty, które do mnie należą”.
Henryk przesunął torbę za siebie.
„Anna poprosiła mnie, żebym ich pilnował”.
Po raz pierwszy od wielu lat zobaczył w oczach syna nie irytację, lecz prawdziwy strach.
Wiktor nie próbował już zabierać teczki.
Wsiadł do samochodu i odjechał bez pożegnania.
W szpitalu Anna trafiła na badania i leczenie.
Lekarka wyjaśniła później, że podejrzewają ciężkie zakażenie dróg oddechowych z odwodnieniem, a najbliższa doba będzie ważna.
Zosia usiadła obok Henryka na korytarzu.
Nie pytała już o pieniądze.
„Pan naprawdę jest moim dziadkiem?”
Henryk spojrzał na jej dłonie, tak podobne do dłoni małej Anny.
„Wszystko na to wskazuje. Chciałbym, żebyś pozwoliła mi was poznać”.
Zosia oparła głowę o jego ramię.
Henryk poczuł, że to niewielkie zaufanie znaczy więcej niż odpowiedź na wszystkie pytania, które nosił w sobie przez dwadzieścia lat.
Wieczorem pozwolono mu na krótką rozmowę z Anną.
Była przytomna, choć bardzo słaba.
Zobaczyła jego twarz i przez chwilę patrzyła tak, jakby sprawdzała, czy nie zniknie, gdy mrugnie.
„To Wiktor powiedział ci, że uciekłam?” zapytała.
Henryk skinął głową.
Anna zamknęła oczy.
„Więc nigdy nie zobaczyłeś moich listów”.
Aby dowiedzieć się, dokąd naprawdę trafiły listy Anny, czytaj dalej w Części 3.













