Zofia przez dłuższą chwilę trzymała pierwszą kopertę nieruchomo nad kolanami.
Na znaczku był rozmazany stempel, ale adres jej dawnego domu można było przeczytać bez trudu.
Ktoś odebrał list, zanim zdołał trafić do adresatki.
Koperta nie nosiła śladów zwrotu do nadawcy.
— Otworzymy? — zapytał Eryk.
Zofia skinęła głową i poprosiła, żeby przeczytał na głos.
Z trudem rozpoznawała niewielkie litery, a dłonie drżały jej tak bardzo, że mogłaby podrzeć papier.
List zaczynał się od słów „Mamo, nie wiem, czy chcesz o nas słyszeć”.
Łucja pisała, że Eryk waży już więcej niż przy urodzeniu, ma zdrowy apetyt i zasypia najspokojniej na rękach Tomasza.
Nie prosiła o pieniądze.
Chciała jedynie, żeby matka wiedziała, że oboje żyją, i że wciąż czeka na możliwość rozmowy.
Na końcu dopisała numer telefonu mieszkania, w którym zatrzymali się wtedy u znajomej rodziny.
Zofia zakryła usta palcami.
— Pisała do mnie — powiedziała.
— A ja w tym czasie modliłam się za jej zmarłe dziecko.
Drugi list zawierał zdjęcie niemowlęcia na kocu w drobne pasy.
Na odwrocie Łucja napisała: „Twój wnuk Eryk, trzy miesiące”.
Zofia dotknęła fotografii tylko opuszkiem palca.
Nie próbowała udawać, że pamięta tamtego chłopca.
Wiedziała przecież, że nigdy go wtedy nie widziała.
— Był taki mały — wyszeptała.
Eryk spojrzał na własne dłonie.
Trzymała je teraz ta sama kobieta, która przez całe jego dzieciństwo nie wiedziała, że ma wnuka.
Nie umiał wyobrazić sobie, jak można odzyskać dwadzieścia siedem lat, ale po raz pierwszy zrozumiał, ile konkretnych dni im zabrano.
Pierwsze kroki, urodziny, szkolne występy i zwykłe niedziele, kiedy nikomu nie przyszło do głowy zaprosić babci na obiad.
Trzeci list był krótki.
Łucja pisała, że nie wyśle więcej wiadomości, jeśli matka naprawdę tego chce, ale prosi o potwierdzenie napisane jej własną ręką.
Nie wiedziała, że Zofia nigdy nie widziała dwóch poprzednich kopert.
— Musi to przeczytać — powiedziała Zofia.
— Nawet jeśli potem nie będzie chciała mnie znać.
Eryk zawiózł listy do matki następnego dnia.
Nie zostawił ich pod drzwiami jak przesyłki, której należy się pozbyć.
Zadzwonił i zapytał, czy może wejść.
Łucja przyjęła go w kuchni, obok stołu, na którym od zawsze stał słoik z miodem i ceramiczny pojemnik na klucze.
— Znalazłeś coś? — spytała.
— Trzy twoje listy.
Dziadek zatrzymał je w zamkniętej kopercie.
Babcia zobaczyła je dopiero wczoraj.
Łucja odsunęła krzesło.
Czytała długo, kilkakrotnie wracając do zdań o niemowlęciu i do własnego podpisu.
Gdy zobaczyła fotografię, położyła ją na stole twarzą do dołu.
— Pamiętam, jak robił ją Tomasz — powiedziała.
— Mówił, że wyślę ją i że może chociaż zdjęcie poruszy mamę.
Czekałam tygodniami.
— Nie dostała go.
— Widzę.
To nie znaczy, że wszystko jest naprawione.
Łucja sięgnęła po starą kartkę, którą niegdyś przekazał jej ojciec.
Położyła ją obok zachowanego listu i przyjrzała się obu podpisom.
Pismo na pożółkłej kartce nie było identyczne z notatkami Zofii, które Eryk sfotografował z jej notesu.
Nie potrafili powiedzieć, czy różnica wynikała z pośpiechu, naśladowania pisma czy upływu lat.
Postanowili nie ogłaszać żadnego odkrycia ponad to, co rzeczywiście wiedzieli.
Sam fakt zatrzymania trzech listów wystarczał, by podważyć opowieść Jana.
— On nie tylko kazał mi odejść — powiedziała Łucja.
— Sprawił, że za każdym razem, gdy patrzyłam na ciebie, widziałam własną matkę, która podobno nie chciała mnie słyszeć.
Bałam się tego samego dla Eryka.
Chyba dlatego bywałam wobec niego taka nadopiekuńcza.
Eryk chciał zaprotestować, ale przypomniał sobie jej niepokój podczas każdej dłuższej podróży motocyklem.
Nagle nabrał on innego znaczenia.
Nie musiał z tego powodu zmieniać zdania o całym dzieciństwie.
Wystarczało mu, że matka po raz pierwszy nazwała głośno strach, z którym mieszkała tak długo.
Eryk nie próbował tego podważać.
Łucja miała prawo złościć się na ojca, który kłamał, ale także czuć żal do matki, która nigdy nie przyjechała sprawdzić prawdy.
Zofia natomiast przez lata żyła w przekonaniu, że uszanowanie rzekomej prośby córki jest jedynym sposobem, by nie zranić jej ponownie.
Żadne z tych uczuć nie znikało od jednego dowodu.
— Chcę z nią porozmawiać — powiedziała w końcu Łucja.
— Sama.
Bez ciebie między nami.
Tego wieczoru Eryk czekał przed kamienicą, kiedy Łucja weszła do mieszkania Zofii.
Nie podsłuchiwał rozmowy.
Siedział na ławce naprzeciwko piekarni i obserwował, jak sprzedawczyni zamyka sklep.
Przypomniał sobie słowa matki o tym, że nie każdy umie zostać przy rodzinie.
Zastanawiał się, czy pozostawanie przy kimś czasem nie zaczyna się właśnie od przyznania, że nie wie się, jak go przyjąć z powrotem.
Kiedy Łucja wyszła po niemal dwóch godzinach, oczy miała zaczerwienione.
— Nie rozmawiałyśmy o wszystkim — powiedziała.
— Ale zaczęłyśmy.
Nie opowiedziała mu szczegółów.
Eryk uszanował to, a jednak zauważył, że po raz pierwszy powiedziała „rozmawiałyśmy” bez goryczy.
Spór o mieszkanie nie zatrzymał się na czas rodzinnego pojednania.
Brzeziński przesłał kolejne pismo, tym razem z propozycją wypłaty jednorazowej kwoty, jeśli Zofia wyprowadzi się w ciągu dwóch tygodni.
Kwota nie wystarczała nawet na kaucję i kilka miesięcy czynszu w innym mieszkaniu.
Zofia bała się, że odmowa sprowadzi następne szykany.
— Nie mam siły walczyć z każdym kolejnym listem — przyznała podczas spotkania z prawniczką.
Marta Nowicka zaproponowała, żeby odpowiedzieć na piśmie i poprosić o rozmowę przy udziale osoby wspierającej lokatorkę.
Wyjaśniła również, że Zofia może rozważyć dobrowolną przeprowadzkę, jeśli warunki rzeczywiście odpowiadają jej potrzebom, ale nie musi podejmować tej decyzji w dwa tygodnie.
Najpierw trzeba ustalić, jaki lokal i jakie środki miałaby do dyspozycji.
Zofia poprosiła Eryka, aby sprawdził dostępne mieszkania parterowe we Włocławku.
Łucja mieszkała tam na drugim piętrze bez windy, więc wspólne zamieszkanie nie było prostym rozwiązaniem.
Starsza kobieta nie chciała też porzucać przyjaciółki Ireny, sąsiadki, która przez lata pomagała jej w zakupach.
— Ja nie chcę wyjeżdżać ze strachu — powiedziała.
— Jeśli kiedyś się przeniosę, to dlatego, że wybiorę miejsce dla siebie.
Eryk uświadomił sobie, że to pierwsze tak stanowcze zdanie, jakie usłyszał od niej od dnia spotkania w barze.
Zofia sama ustalała warunki.
Nie był to już wybór między samotnością a udawanym wnukiem, lecz między kilkoma rzeczywistymi możliwościami.
Na spotkaniu z właścicielem, wyznaczonym na następny wtorek, mieli zjawić się Zofia, Łucja i przedstawicielka punktu pomocy prawnej.
Brzeziński początkowo odmówił obecności innych osób, lecz po otrzymaniu pisemnej odpowiedzi zgodził się rozmawiać.
Dzień przed spotkaniem wysłał jednak wiadomość, że inwestor oczekuje pustego budynku przed końcem miesiąca.
Zofia przeczytała ją dwa razy.
Następnie położyła telefon i poprosiła Eryka o długopis.
— Zapisz, co będę chciała mu jutro powiedzieć — oznajmiła.
— Tym razem nie będę prosiła o pozwolenie, żeby zostać człowiekiem we własnym domu.
Jakie warunki postawi Zofia i czy właściciel zrezygnuje z nacisków? Przeczytaj Część 6, by poznać jej decyzję.













