Inicjały należały do Bożeny Różyckiej, dawnej sekretarki oddziału.
Nie była krewną Tomasza ani pracownicą klasztoru.
W noc pożaru pomagała pielęgniarkom odnotowywać, komu przekazywano dzieci wyprowadzane z zadymionego budynku.
Irena Zielińska wyjaśniła, że Bożena potwierdzała wpisy dopiero po sprawdzeniu tożsamości dorosłych.
„Pamiętam tego ojca” — powiedziała Bożena podczas przesłuchania.
„Wrócił po dziecko, kiedy większość rodzin przeniesiono do innego skrzydła.
Miał przy sobie dowód osobisty.
Był zdenerwowany, ale w tamtej sytuacji wszyscy byli zdenerwowani.”
Irena przyznała również, że po ewakuacji jedna z pielęgniarek przekazała Małgorzacie informację o śmierci dziecka, powtarzając wiadomość z niezweryfikowanej notatki.
Nikt z obecnych świadków nie potrafił wskazać, kto tę notatkę sporządził.
Dlatego śledczy mieli sprawdzić jej pochodzenie, zamiast przypisywać odpowiedzialność osobom, które jedynie przekazały zasłyszaną treść.
Jej zeznania nie oznaczały, że wiedziała o planie Tomasza.
Właśnie dlatego były ważne.
Pokazywały moment, w którym żywa dziewczynka została przekazana osobie podającej się za jej ojca.
Pozwalały oddzielić zdarzenie w szpitalu od tego, co później stało się w klasztorze.
Bożena zachowała kopię wykazu, ponieważ po pożarze uczestniczyła w wewnętrznym porządkowaniu dokumentacji.
Oryginały trafiały do szpitalnego archiwum, natomiast robocze kopie służyły ustalaniu brakujących danych.
Nie wiedziała, że jeden z zapisów przez tyle lat będzie miał znaczenie dla zaginionego dziecka.
Emilia zobaczyła skan wykazu dopiero za pośrednictwem Ewy.
Pod numerem łóżeczka zapisano godzinę przekazania oraz informację, że niemowlę żyje i oddycha samodzielnie.
Przeczytała to zdanie kilka razy.
Właśnie w nim zobaczyła odpowiedź na pytanie, które całe życie pozostawało bez głosu.
Nie była dzieckiem, które zmarło w pożarze.
Była dzieckiem, któremu później odebrano możliwość powrotu do matki.
Małgorzata tego dnia nie miała siły przyjść do kancelarii.
Przez telefon poprosiła Emilię, żeby odczytała jej dokładnie tylko jedno zdanie.
Emilia przeczytała zapis o żywym dziecku i godzinie przekazania.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
„Przez tyle lat chodziłam na pusty grób” — powiedziała w końcu Małgorzata.
„Nie wiedziałam, że można opłakiwać kogoś, kto gdzieś rośnie, śmieje się i ma własny dom.”
Emilia nie znalazła odpowiedzi, która mogłaby zmniejszyć ten ból.
Powiedziała tylko, że nazajutrz mogą się spotkać, jeśli Małgorzata będzie chciała.
Kilka godzin po rozmowie Emilia spotkała się z Janem Romanikiem przed dawnym wejściem do szpitala.
Nie wchodzili do środka.
Jan chciał tylko pokazać miejsce, z którego dwadzieścia dwa lata wcześniej wynoszono sprzęt i worki z dokumentami.
Teren wyglądał inaczej niż na jego zdjęciach.
Nowa elewacja zakrywała ślady tamtego pożaru.
„Czemu zachował pan fotografię?” — zapytała Emilia jeszcze raz.
„Bo na odbitce była matka z dzieckiem, a w wykazie po pożarze ktoś dopisał przy tym dziecku znak zapytania” — odpowiedział.
„Nie umiałem tego pogodzić.
Później próbowałem pytać, ale nikt nie chciał rozmawiać z człowiekiem, którego właśnie zwolniono.”
„A potem przestał pan szukać.”
„Tak.”
Nie tłumaczył się zmęczeniem ani brakiem pieniędzy.
Przyznał, że łatwiej było mu uznać, iż odpowiedzialność należy do osób mających dostęp do szpitalnych akt.
Emilia usłyszała w jego głosie żal, ale nie zgodziła się udawać, że przywraca on stracony czas.
„Dziękuję, że pan przyszedł do restauracji” — powiedziała.
„Żałuję, że nie zrobił pan tego wcześniej.”
Jan skinął głową.
„Ja też.”
Po powrocie do domu Emilia wyjęła ze starego albumu zdjęcie, na którym Halina trzymała ją za rękę przy pierwszym szkolnym plecaku.
Początek jej życia był zamknięty w cudzych, sprzecznych papierach.
Ale wiele późniejszych lat miało świadków, których nie trzeba było odnajdywać w archiwach.
Pamiętała nauczycielkę pierwszej klasy, niedzielne zakupy z Haliną, pierwszą pracę w kawiarni, wspólne wakacje nad jeziorem.
To były jej wspomnienia i nikt nie miał prawa nazwać ich fałszywymi tylko dlatego, że zmieniła się odpowiedź na pytanie o narodziny.
Małgorzata także zaczęła inaczej układać własną pamięć.
Zamiast wypierać się dwudziestu dwóch lat żałoby, zapisała w zeszycie daty i miejsca, w których szukała informacji, choć Tomasz zniechęcał ją do dalszych pytań.
Nie wszystko potrafiła odtworzyć.
Odkryła jednak, że kilkakrotnie usiłowała uzyskać dokument ze szpitala i zawsze oddawała korespondencję mężowi, wierząc, że wie lepiej, do kogo należy pisać.
Przekazała Ewie również te listy.
Nie miały rozstrzygnąć sprawy same, ale mogły pokazać, że nigdy świadomie nie wyrzekła się córki.
Ustalanie urzędowej historii dziewczynki okazało się trudniejsze, niż przypuszczały.
Odnaleziono ślad zgłoszenia narodzin córki Małgorzaty, dla której rodzice planowali imię Hanna.
Nie odnaleziono natomiast odpowiadającego mu urzędowego wpisu zgonu, choć Tomasz przez lata przedstawiał żonie nieformalny dokument szpitalny jako ostateczne potwierdzenie śmierci.
W odrębnych aktach istniała również historia dziecka bez ustalonych rodziców, nazwanego później Emilią.
Sprawa wymagała wyjaśnienia przez właściwe instytucje, a nie prostego wykreślenia jednej linijki i wpisania drugiej.
Ewa tłumaczyła, że wynik DNA i zeznania będą podstawą dalszych działań, lecz nie oznaczają automatycznej zmiany dokumentów tożsamości.
„Nie chcę obudzić się pewnego dnia i dowiedzieć, że ktoś zmienił mi nazwisko bez pytania” — powiedziała Emilia.
„Nikt nie powinien podejmować za panią decyzji o używanym imieniu” — odpowiedziała Ewa.
„W sprawach urzędowych będziemy rozdzielać ustalenie pochodzenia od pani osobistych wyborów.”
Równocześnie Małgorzata rozpoczęła postępowanie rozwodowe.
Odwołała pełnomocnictwo Tomasza i wystąpiła o zabezpieczenie dostępu do dokumentów finansowych kamienicy.
Wyniki przeglądu rachunków przekazano do dalszej oceny.
Nie odzyskała od razu pieniędzy i nie usłyszała wyroku, który zadośćuczyniłby wszystkim latom.
Odzyskała za to możliwość samodzielnego podejmowania decyzji.
Zofia złożyła uzupełniające zeznania.
Przyznała, że wiedziała o podrobionym oświadczeniu i z obawy o siebie nie zawiadomiła odpowiednich osób.
Nie prosiła Emilii, by potwierdziła jakąś korzystniejszą dla niej wersję wydarzeń.
Kiedy spotkały się przypadkiem przed budynkiem kancelarii, Zofia zatrzymała się kilka kroków dalej.
„Nie oczekuję, że mi przebaczysz” — powiedziała.
„Dobrze, bo jeszcze nie wiem, czy potrafię” — odparła Emilia.
„Ale chcę, żebyś opowiedziała wszystko również wtedy, kiedy będzie to dla ciebie niewygodne.”
Zofia przytaknęła i odeszła.
Emilia poczuła, że po raz pierwszy nie musi rozstrzygać cudzych win w chwili, w której sama je poznaje.
Tomasz próbował jeszcze przesłać Małgorzacie list przez wspólną znajomą.
Napisał, że codziennie żałuje i że nie przewidział, jak długo potrwa rozłąka.
Małgorzata nie odpisała.
Oddała list prawnikom, a później poszła na spacer z Emilią.
Na ławce przy Wiśle zatrzymały się, bo Emilia chciała poprawić pasek torby.
Małgorzata niespodziewanie powiedziała:
„W szpitalu mówiłam do ciebie Haniu.
Nie wiem, czy chciałabyś kiedykolwiek usłyszeć to imię.”
Emilia dotknęła swojego łańcuszka.
„Chciałabym je znać” — odpowiedziała.
„Ale jeszcze nie wiem, co ono dla mnie znaczy.”
Kilka dni później przyszło pismo z informacją o planowanej procedurze wyjaśnienia sprzecznych zapisów dotyczących jej narodzin i późniejszej tożsamości.
Emilia odłożyła dokument obok fotografii Haliny z dnia, w którym pierwszy raz przyszła do jej domu.
Między dwoma historiami znajdowała się decyzja, której nikt nie mógł już podjąć za nią.
Jak Emilia połączy prawdę o narodzinach z życiem, które zbudowała pod własnym imieniem?
Poznaj jej wybór w Części 7.













