Nazajutrz Emilia usiadła przy kuchennym stole Haliny z telefonem i niewielkim pudełkiem po herbacie.
To właśnie z tego pudełka jej przybrana matka wyjęła dokumenty, które przechowywała przez dwadzieścia lat.
Były tam pisma z ośrodka pomocy społecznej, zdjęcie Emilii z pierwszego dnia w nowym domu i kartka opisana słowami „rzeczy dziecka”.
Na liście widniał srebrny medalion.
„Dlaczego nigdy nie powiedziałaś mi o Zofii Wysockiej?” — zapytała Emilia.
Halina przysunęła okulary bliżej nosa.
„Bo nigdy nie usłyszałam tego nazwiska.
W dokumentach, które mi udostępniono, napisano tylko, że dziecko znaleziono przy klasztorze, a jego rodzina jest nieustalona.”
Nie broniła swoich wspomnień z uporem.
Otworzyła przed Emilią wszystko, czym dysponowała, łącznie z odmowną odpowiedzią sprzed sześciu lat.
Tamta odpowiedź nie stwierdzała, że nikt nie szukał dziecka.
Stwierdzała jedynie, że w udostępnionych aktach nie odnaleziono danych pozwalających wskazać rodziców.
Emilia zrobiła kopie zdjęć dokumentów i schowała oryginały do pudełka.
Nie chciała, by ktokolwiek później twierdził, że zmieniły ich treść.
Potem oddzwoniła do Jana, który zgodził się spotkać z nimi przed klasztorem św. Anny.
Przed południem skontaktowały się również z radczynią prawną Ewą Lis.
Prawniczka wyjaśniła, że dwudziestodwuletnia Emilia może samodzielnie występować o dostęp do dokumentacji dotyczącej własnego pochodzenia, choć nie każda instytucja przechowuje takie akta równie długo.
Poradziła oddzielić przypuszczenia od dowodów i nie udostępniać fotografii w internecie.
„Jeśli ktoś fałszował dokumenty, publiczna kłótnia tylko utrudni ustalenie kolejności zdarzeń” — powiedziała.
„Najpierw sprawdzimy rejestry i znajdziemy osoby, które coś widziały.”
Klasztor stał przy spokojnej ulicy, z dala od ruchliwych części Krakowa.
Emilia pamiętała jego nazwę, nie mury.
Kiedy weszła do niewielkiej rozmównicy, uderzyła ją myśl, że być może przebywała tu kiedyś jako niemowlę i nie zachowała z tego ani jednego świadomego wspomnienia.
Przyjęła ich siostra Katarzyna, starsza zakonnica odpowiedzialna obecnie za archiwum wspólnoty.
Po wysłuchaniu historii przyznała, że dwadzieścia dwa lata wcześniej przy klasztorze działał punkt pomocy matkom i dzieciom.
Zofia Wysocka pracowała wówczas w jego biurze jako świecka pracownica.
Nie była zakonnicą.
Odeszła po kilku miesiącach od pożaru.
„Czy ktoś zostawił tu dziecko w noc ewakuacji?” — zapytała Emilia.
„Nie mogę pokazywać akt na podstawie samego podobieństwa medalionów” — odpowiedziała siostra Katarzyna.
„Ale mogę potwierdzić, że mamy w archiwum korespondencję dotyczącą dziewczynki przyjętej w tamtym okresie.
Pani mecenas pomoże ustalić, które dokumenty możemy formalnie udostępnić.”
Jan odetchnął ciężko.
Przyznał, że rozpoznał nazwisko Zofii już w restauracji, bo spotkał ją wtedy pod szpitalem.
Przez lata był przekonany, że przekazywała rzeczy pozostawione po ewakuacji.
Nigdy nie widział dziecka w jej ramionach.
„Dlaczego odezwał się pan dopiero teraz?” — zapytała Emilia.
„Bo fotografia i podejrzenie to nie to samo, co wiedza.
A kiedy przyszedł ten list, zrozumiałem, że ktoś inny też pamięta.”
Emilia uznała tę odpowiedź za niewystarczającą, ale nie próbowała wymusić lepszej.
Jan nie był jej krewnym ani strażnikiem wszystkich odpowiedzi.
Mógł być świadkiem, którego pamięć należało sprawdzić.
Tego samego popołudnia Małgorzata pojawiła się u Ewy Lis bez męża.
Przyniosła szpitalną książeczkę, kilka starych listów i kartkę, którą Tomasz pokazywał jej po pożarze.
Na kartce widniało maszynowe stwierdzenie o śmierci dziecka, bez numeru aktu stanu cywilnego.
Małgorzata zawsze uważała, że to wystarczające potwierdzenie tragedii.
„Prosiłam o akt zgonu” — powiedziała cicho.
„Tomasz twierdził, że dokumenty przepadły i że dalsze pytania odbiorą mi resztki spokoju.
Nie wiedziałam, do kogo pójść bez niego.”
Ewa nie rozstrzygała, czy kartka była fałszerstwem.
Zapisała nazwę placówki i datę, a później przygotowała wnioski o sprawdzenie zapisów urzędowych.
Wyjaśniła, że potwierdzenie biologicznego pokrewieństwa wymaga niezależnego badania, na które Emilia musi dobrowolnie wyrazić zgodę.
Małgorzata przytaknęła.
„Zgodzi się tylko wtedy, gdy będzie chciała” — powiedziała.
„Nie chcę jej kolejny raz czegoś odebrać.”
Po wyjściu Małgorzaty z kancelarii Emilia została jeszcze chwilę w pokoju.
Na biurku leżała zgoda na badanie porównawcze DNA, ale nie sięgnęła po długopis.
„Chciałabym wiedzieć, kim jestem” — powiedziała do Ewy.
„Tylko że wszyscy zachowują się tak, jakby ta odpowiedź miała od razu określić, kogo mam kochać.”
„Badanie może odpowiedzieć na pytanie o pokrewieństwo” — odparła prawniczka.
„Nie podejmie za panią decyzji dotyczących relacji.
Może też nie odpowiedzieć na wszystko, co wydarzyło się w szpitalu.”
Emilia zabrała formularz do domu.
Usiadła z Haliną w kuchni, w której przed laty odrabiała lekcje, słuchając radia nastawionego zbyt głośno.
Długo patrzyła na czyste miejsce przeznaczone na podpis.
„Boję się, że pomyślisz, iż chcę mieć inną mamę” — przyznała.
Halina odsunęła filiżankę.
„Boję się raczej, że ktoś będzie cię poganiał, a ty zaczniesz udawać, że sobie radzisz.
Zawsze tak robiłaś, nawet jako dziecko, kiedy chciałaś oszczędzić mi zmartwień.”
Emilia po raz pierwszy tego dnia rozpłakała się bez wstydu.
Nie dlatego, że usłyszała coś okrutnego.
Dlatego, że Halina pamiętała ją sprzed chwili, w której obcy ludzie zaczęli mówić o zaginionej córce.
Podpisała zgodę dopiero wtedy, gdy przestały rozmawiać o oczekiwaniach innych.
Tymczasem Małgorzata wróciła do domu i otworzyła szufladę, w której przechowywała dokumenty po swojej matce.
Znalazła tam pełnomocnictwo udzielone Tomaszowi kilka miesięcy po pożarze, gdy pozostawała pod opieką lekarza.
Pamiętała, że podpisała je, aby mógł prowadzić bieżące sprawy wynajmowanej kamienicy.
Nie pamiętała, by kiedykolwiek je odwołała.
Dokument nie dowodził żadnego przestępstwa.
Pokazywał jednak, jak wiele decyzji oddała mężowi w okresie, w którym nie była w stanie otworzyć nawet pudełka z dziecięcymi ubrankami.
Zrobiła jego kopię i wysłała Ewie, prosząc o sprawdzenie, czy nadal jest wykorzystywane.
Kiedy Tomasz zapytał przy kolacji, dlaczego przez cały dzień nie odbierała telefonu, odpowiedziała, że potrzebuje czasu.
Nie wspomniała o pełnomocnictwie.
Po raz pierwszy od lat nie uznała, że musi natychmiast usprawiedliwiać przed nim każde wyjście.
Wieczorem Emilia dostała wiadomość od kobiety przedstawiającej się jako Zofia Wysocka.
Nie było gróźb ani prośby o milczenie.
Było zdjęcie tej samej kartki, którą przesłano poprzedniej nocy, i jedno zdanie: „Wiem, kto sporządził dokument, na podstawie którego zabrano cię z klasztoru”.
Emilia odpowiedziała, że spotka się z nią wyłącznie w kancelarii Ewy Lis.
Zofia zgodziła się bez sprzeciwu.
Następnego dnia przyszła punktualnie.
Miała krótko obcięte włosy, przy sobie płócienną torbę, a w niej żółtą kopertę z napisem „2004”.
Nie spojrzała na Małgorzatę, która siedziała obok Emilii, dopóki prawniczka nie poprosiła o wyłożenie dokumentów.
Z koperty wypadła kopia oświadczenia o dobrowolnym przekazaniu dziecka pod opiekę.
W rubryce „matka” wpisano nazwisko Małgorzaty Wysockiej.
Pod dokumentem znajdował się jej podpis.
Małgorzata przeczytała go dwa razy.
„Tego dnia leżałam nieprzytomna po ewakuacji” — powiedziała.
„Nie mogłam nic podpisać.”
Zofia wreszcie podniosła głowę.
„Wiem” — odpowiedziała.
Jeżeli Zofia wiedziała o fałszywym podpisie, dlaczego przez dwadzieścia dwa lata pozwalała wszystkim wierzyć w śmierć dziecka?
Poznaj powody jej milczenia w Części 4.













