Teczki szukaliśmy przez dwa dni. Renata sprawdziła szafki, pokój organizacji przyjęć i zamknięty schowek przy kuchni. Ewa powtórzyła, że nikt jej niczego nie przekazał. W końcu wróciliśmy do jednego szczegółu, który wcześniej uznaliśmy za nieważny: Renata nie oddała teczki Ewie do rąk.
„Położyłam ją na stoliku przy gabinecie”, przypomniała sobie. „Vanessa powiedziała, że Ewa odbierze ją po spotkaniu”.
Zapisy wejść nie wskazywały, kto podniósł teczkę. Nie udawaliśmy więc, że znamy odpowiedź. Luca zgodził się, by brak dokumentu odnotowano w raporcie, a kopię pierwszego zamówienia odtworzono z wiadomości Marca. Była wysłana osiem dni przed kolacją, z dokładnym wykazem trzydziestu dwóch nakryć i potwierdzeniem od dotychczasowego dostawcy.
„Może papier zginął przypadkiem”, powiedziałam do Renaty.
„Może”, odparła. „Tym bardziej musimy opierać się na tym, co naprawdę mamy”.
W tym samym czasie okazało się, że moi rodzice usłyszeli już plotkę o skandalu. Ktoś znajomy zobaczył nazwisko Marca w wiadomości przesłanej między gośćmi. Mama zadzwoniła, zanim zdążyłam ją uprzedzić.
„Czy tam dzieje się coś, przez co nie powinnaś wracać do pracy?”, zapytała.
Odpowiedziałam, że jestem bezpieczna i mam wsparcie kilku osób. Nie obiecywałam, że wszystko skończy się dobrze. Po rozmowie długo patrzyłam na ekran. Zrozumiałam, że publiczne oskarżenie nie kończy się, kiedy ludzie wychodzą z jadalni. Przemienia się w krótkie zdania powtarzane innym, bez miejsca na wyjaśnienia.
Właśnie dlatego zależało mi na spotkaniu, w którym nikt nie będzie już opierał się wyłącznie na pamięci jednego świadka. Chciałam, żeby Marco mógł wrócić do pracy bez konieczności opowiadania każdemu z osobna, że nie jest oszustem. I chciałam, żeby Ewa mogła spokojnie otworzyć skrzynkę służbową, nie zastanawiając się, która wiadomość odbierze jej stanowisko.
Spotkanie z Matteo Bellinim odbyło się w zwyczajnej sali konferencyjnej jednej z restauracji Luki. Nie zaproszono tam gości z kolacji. Byli Luca, Marco, Ola, mecenas Wierzbicki, niezależna audytorka i Matteo. Poproszono również mnie, ponieważ miałam wyjaśnić sens włoskiej rozmowy, lecz prawnik zastrzegł, że mogę wyjść, kiedy skończę.
Matteo wyglądał inaczej, niż go sobie wyobrażałam. Nie był pewnym siebie człowiekiem w drogim garniturze. Miał poplamione atramentem palce i nerwowo prostował kartki. Z początku mówił wyłącznie o procedurach.
„Dostaliśmy potwierdzenie liczby pięćdziesięciu osób. Utrzymywaliśmy gotowość kuchni. Wystawiliśmy rachunek zgodnie z uzgodnieniem”.
Matteo wyjął jeszcze jedną kartkę i położył ją obok faktury. Była to kopia pierwotnego zamówienia na trzydzieści dwa miejsca, z pieczęcią używaną w rezydencji. Renata pochyliła się nad nią.
„Skąd pan to ma?”
„Vanessa przysłała mi to razem z instrukcją, żebym traktował tę wersję jako nieaktualną. Powiedziała, że sprawę omówiła z Marcem”.
Zobaczyłam datę i charakterystyczny dopisek o winietkach. Dokument odpowiadał temu, którego bezskutecznie szukaliśmy w papierowej teczce. Nie dowodził, kto zabrał teczkę ze stolika, ale wskazywał, że Vanessa znała wcześniejszą liczbę gości, kiedy przedstawiała nam pięćdziesiąt osób jako błąd Marca. Prawnik poprosił Matteo również o wiadomość, w której otrzymał skan.
„Proszę wskazać, kto zlecił usługę”, poprosił Wierzbicki.
Matteo położył na stole wydruk wiadomości od Vanessy. Dołączono do niej formularz z nazwiskiem Marca i jego podpisem. Marco natychmiast pochylił się nad dokumentem.
„Widziałem już ten podpis”, powiedział.
Wyjął z własnej teczki umowę ze starym dostawcą, podpisaną dwa lata wcześniej. Na obu kartkach podpis był identyczny, łącznie z niewielką przerwą w jednej z liter i szarym śladem po zagięciu papieru. Audytorka zrobiła zdjęcia obu dokumentów i powiedziała, że podobieństwo wymaga dalszego sprawdzenia, ale nie powinno być ignorowane.
Matteo dotknął kartki.
„Vanessa zapewniała, że ma zgodę Marca. Nie sprawdzałem podpisu”.
„A jedzenie?”, zapytała Ola. „Gdzie są potwierdzenia wydania osiemnastu porcji?”
Matteo zaczął mówić o zajętych pracownikach i zarezerwowanych produktach. Prawnik nie przerywał. Dopiero gdy skończył, pokazał mu pozycję na fakturze: „przygotowanie i dostarczenie dodatkowych nakryć”. Nie było tam ani słowa o samej gotowości.
„Nie dostarczyliście niczego do rezydencji”, powiedział Luca. „Dlaczego wystawiliście rachunek za dostawę?”
Matteo spuścił wzrok. W pokoju zrobiło się tak cicho jak podczas tamtej kolacji, lecz tym razem cisza nie należała do Vanessy.
„Nie było czego dostarczać”, wyznał w końcu. „Vanessa kazała nam zachować wolne miejsca w grafiku, ale nie zamawiać produktów. Mówiła, że rachunek nie zostanie zapłacony bez sprawdzenia, bo chodzi głównie o pokazanie kosztu błędu”.
„Czy wiedział pan, że to ma obciążyć Marca?”, zapytał prawnik.
„Wiedziałem, że chce go odsunąć od decyzji o dostawcach. Nie wiedziałem, że nazwie go niekompetentnym przy gościach”.
Nie poczułam satysfakcji. Myślałam o tym, jak blisko byliśmy zwolnienia człowieka za zamówienie, którego nie złożył, i o tym, jak łatwo ktoś próbował użyć faktury jako rekwizytu w cudzym upokorzeniu.
Wierzbicki poprosił Matteo o pisemne potwierdzenie jego wypowiedzi i przekazanie źródłowej korespondencji. Nie obiecał mu bezkarności. Wyjaśnił, że o odpowiedzialności i ewentualnym zgłoszeniu sprawy zdecydują właściwe procedury, a nie prywatna rozmowa przy stole. Matteo podpisał oświadczenie po przeczytaniu i naniesieniu poprawek.
W czasie krótkiej przerwy Marco wyszedł ze mną na korytarz.
„Przez dwanaście lat wiedziałem, komu powinienem ufać”, powiedział. „A potem usłyszałem, że mam przeprosić za coś, czego nie zrobiłem”.
„To chyba nie znika po jednym wyjaśnieniu”.
„Nie. Ale przynajmniej przestaję się zastanawiać, czy powinienem był przytaknąć, żeby ocalić stanowisko”.
Po powrocie zastaliśmy Vanessę. Przyjechała na prośbę Luki, z własnym pełnomocnikiem. Nie miała czerwonej sukni ani dawnego uśmiechu. Spojrzała na Matteo i od razu zrozumiała, że nie stoi już po tej samej stronie co ona.
„Zrobiłam to, bo Marco blokował każdą zmianę”, oświadczyła. „Luca, chciałam ci pokazać, ile kosztuje jego upór”.
„Wystawiłaś fałszywy koszt i przedstawiłaś go jako prawdziwą stratę”, odpowiedział Luca.
„Przecież nie straciłeś pieniędzy. Faktura miała zostać anulowana”.
Ola wskazała polecenie płatności przygotowane na następny dzień roboczy. Gdyby Marco nie zaprotestował, dokument przeszedłby zwykły obieg. Vanessa nie zaprzeczyła, że wiedziała o poleceniu.
„Chciałam zmienić zasady”, powiedziała ciszej. „Matteo miał dostać stały kontrakt. Wreszcie ktoś z mojej rodziny byłby traktowany poważnie”.
Luca spojrzał na nią inaczej niż przy kolacji. Było w jego twarzy rozczarowanie, ale nie widziałam gniewu, którego wszyscy tak się po nim spodziewali.
„Można proponować zmiany”, powiedział. „Nie można odbierać komuś nazwiska i pracy, żeby je przeforsować”.
Vanessa odwróciła głowę w moją stronę.
„A ty jesteś teraz z siebie dumna?”
Przez chwilę znów miałam dwadzieścia osiem lat, kredyt do spłacenia i lęk, że za szczerość wystawia się rachunek. Nie pozwoliłam jednak, żeby tamten strach mówił za mnie.
„Nie chciałam nikogo poniżać”, odparłam. „Chciałam tylko, żeby nie oskarżano niewinnego człowieka”.
Luca poprosił Vanessę o opuszczenie spotkania. Oznajmił, że ich związek się kończy, a sprawy finansowe i dokumenty będą odtąd rozpatrywane przez prawników. Nie krzyczał. Jej pełnomocnik poprosił o kopie materiałów i czas na odpowiedź.
Kiedy drzwi się zamknęły, myślałam, że najgorsze za nami. Wtedy Luca zwrócił się do Marca i powiedział:
„Jest coś jeszcze. Nie chodzi tylko o to, co zrobiła Vanessa. Chodzi o to, czego ja nie zrobiłem przez te lata”.
Czy Marco przyjmie słowa człowieka, który zbyt długo nie zauważał zagrożenia? O tym opowiada Część 6.













