Nazwa wydrukowana na fakturze brzmiała Bellini Eventi. Nie znałam włoskich firm cateringowych działających w Warszawie, ale nazwisko mówiło wystarczająco dużo. Vanessa patrzyła prosto przed siebie, udając, że nie zauważa naszej reakcji.
„Mój kuzyn Matteo jest jednym z udziałowców”, powiedziała, zanim ktokolwiek zapytał. „Ta firma miała przygotować rezerwowe porcje, jeśli gości będzie więcej. Nie ma w tym nic podejrzanego”.
„O ile wcześniej zaakceptowano zamówienie”, zauważyła Ola.
Na pierwszej stronie widniało pięćdziesiąt nakryć. Na drugiej wyszczególniono osiemnaście dodatkowych porcji, personel i transport, razem trzydzieści sześć tysięcy złotych. Rozliczenie opatrzono adnotacją: „zatwierdził M. Santori”. Płatność nie została jeszcze wykonana; księgowość wstrzymała ją po zgłoszeniu Marca.
Był to pierwszy moment, kiedy poczułam, że Luca może jeszcze uratować pieniądze. Do tej pory słyszałam wyłącznie o stracie, o której mówiła Vanessa. Nie wiedziałam, że chodzi o rachunek czekający na przelew.
„Dlaczego dokument ma pańskie nazwisko?”, zapytał prawnik, mecenas Adam Wierzbicki.
„Nie wiem”, odparł Marco. „Mój dostęp do zamówień działa przez osobne konto. W piątek byłem na zapleczu nowej restauracji w Łodzi. Nie logowałem się do systemu”.
Vanessa uniosła brwi.
„Nie trzeba być przy komputerze, żeby zatwierdzić dokument. Można to zrobić telefonem”.
„Można”, zgodził się prawnik. „Dlatego potrzebujemy historii zatwierdzeń i źródłowej wiadomości. Sam wydruk nie dowodzi, kto nacisnął przycisk”.
Luca polecił zabezpieczyć kopie korespondencji oraz dokumentację przyjęcia. Dodał, że przez czas wyjaśniania sprawy nikt nie będzie zmuszał Marca do podpisywania wypowiedzenia. Kiedy padło słowo „zabezpieczyć”, Vanessa zamknęła swoją teczkę trochę za szybko.
Wierzbicki poprosił każdego o krótką relację na piśmie. Znalazłam się przed kartką, której biel nagle wydała mi się groźniejsza niż twarze gości z poprzedniego wieczoru. Zofia przyniosła mi herbatę i usiadła przy drugim końcu stołu.
„Nie wpisuj tego, czego nie jesteś pewna”, poradziła.
Zapisałam godziny w przybliżeniu, miejsce i dokładne włoskie zdania, które zapamiętałam. Tam, gdzie znałam tylko sens wypowiedzi, zaznaczyłam to wyraźnie. Nie dopisywałam, że Vanessa sfałszowała dokument. Nie widziałam, jak go przygotowywano. To rozróżnienie wydawało mi się najważniejsze.
Kiedy skończyłam, przeczytałam swoją notatkę jeszcze raz. W jednym miejscu użyłam słowa „groziła”, chociaż z korytarza słyszałam wyłącznie zapowiedź wypowiedzenia. Skreśliłam je i wpisałam całe zdanie, które padło naprawdę. Nie chciałam, żeby moja złość stała się argumentem przeciw mojej wiarygodności. Rozumiałam już, że dokładność nie musi osłabiać świadectwa. Czasem właśnie ona pozwala mu przetrwać konfrontację.
Później pomogłam kierowniczce obsługi, Renacie, odszukać papierową listę winietek. Trzymała kopie w segregatorze, ponieważ na takich przyjęciach niektóre nazwiska gości wymagały specjalnej pisowni. Lista miała trzydzieści dwa wiersze. W lewym górnym rogu znajdowała się data wydruku sprzed pięciu dni.
„To dowód, że planowano trzydzieści dwa miejsca”, powiedziałam.
„Tak. Ale nie dowód, że nie zmieniono zamówienia później”, odpowiedziała Renata. „Nie dopisujmy dokumentom więcej, niż rzeczywiście pokazują”.
Zawstydziłam się, choć nie było w jej głosie przygany. Każdy chciał znaleźć jedną kartkę, która rozstrzygnie wszystko. Tymczasem prawda składała się z drobiazgów, które należało ułożyć bez pośpiechu.
Po południu przyszedł informatyk obsługujący system rezerwacji. Przy nas nie otwierał prywatnej korespondencji. Wyjaśnił, że zlecenie na pięćdziesiąt osób powstało z konta przypisanego do Marca, lecz użycie konta nie oznacza automatycznie, że działał jego właściciel. Potrzebne były jeszcze logi i informacje o uprawnieniach zastępczych.
Marco pobladł.
„Dałem hasło tylko raz, kiedy przeprowadzaliśmy awaryjne rozliczenie po awarii terminala. Zmieniłem je tego samego dnia”.
„Komu je dałeś?”, zapytał Luca.
„Renacie. Byłeś wtedy w Mediolanie. Potrzebowaliśmy zamknąć zamówienia przed północą”.
Renata potwierdziła tamtą sytuację, a informatyk przypomniał, że system przechowywał także odrębne uprawnienia do zatwierdzania zmian. Nie było powodu oskarżać kogokolwiek tylko dlatego, że znał stare hasło. Zauważyłam, że Marco odetchnął dopiero po tych słowach.
Vanessa nie uczestniczyła w tej części rozmowy. Twierdziła, że musi pojechać do miasta. Wychodząc, minęła mnie w hallu. Przez chwilę myślałam, że mnie nie zauważy.
„Masz dużo odwagi jak na kogoś z taką sytuacją w domu”, powiedziała cicho.
Poczułam zimno w palcach.
„Nie rozumiem”.
„Ojciec. Rehabilitacja. Kredyt. Naprawdę warto ryzykować wszystko dla człowieka, którego ledwo znasz?”
Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam, skąd znała szczegóły, które podawałam w formularzu zatrudnienia. Vanessa miała dostęp do organizacji domu, ale nigdy nie rozmawiałam z nią o rodzicach.
„Nic ci nie zrobię, Emmo”, dodała. „Sama zdecydujesz, czy ta historia zostanie zapamiętana jako nieporozumienie, czy jako kłamstwo pracownicy”.
Oddaliła się, zanim zdołałam cokolwiek powiedzieć. Przez kilka minut stałam przy schodach, rozważając, czy wrócić do swojego pokoju i spakować rzeczy. Nigdy wcześniej tak wyraźnie nie poczułam, że znać cudzy sekret może oznaczać również stać się celem.
Poszłam jednak do Zofii. Opowiedziałam jej rozmowę, a ona poprosiła, abym zapisała godzinę i dokładne słowa. Przypomniała mi też, że mogę odmówić spotkań sam na sam z Vanessą. To nie była bohaterska rada; była praktyczna. Właśnie dlatego jej potrzebowałam.
Wieczorem zadzwoniłam do mamy. Jej krakowska restauracja od dwóch lat była zamknięta, lecz wciąż przechowywała zeszyty z dawnymi zamówieniami. Opowiedziałam jej tylko tyle, że w pracy poproszono mnie o złożenie świadectwa w sprawie nieuczciwego rachunku.
„Pamiętasz, kiedy dostawca chciał mi policzyć skrzynkę oliwy, której nie przywiózł?”, zapytała.
„Kazałaś mu sprawdzić podpis na potwierdzeniu odbioru”.
„Bo można wypisać fakturę za wszystko. Trzeba jeszcze pokazać, że to dotarło do kuchni”.
Po rozmowie wróciłam myślą do bocznego wejścia w rezydencji. Przygotowania do kolacji pamiętałam bardzo dokładnie: skrzynki z wodą, kosze pieczywa, jeden wózek z deserami. Nie przypominałam sobie żadnego samochodu Bellini Eventi ani dodatkowej obsługi. Przypomniałam sobie natomiast, jak Zofia odsyłała pusty wózek po deserach i pytała ochroniarza, czy może już zamknąć boczną bramę. On odpowiedział, że nie oczekuje żadnych kolejnych dostaw. Miałam więc kogo zapytać o zapisy z tamtego dnia. Nie było to rozstrzygające, bo nie spędziłam tam całego dnia, lecz mogłam wskazać kogoś, kto rzeczywiście pilnował dostaw.
Nazajutrz Renata pokazała nam dziennik przyjęć towaru, prowadzony przez ochroniarza. W godzinach wskazanych na fakturze zapisano tylko dwa samochody stałego dostawcy. Firma kuzyna Vanessy nie figurowała w rejestrze. Wierzbicki zastrzegł, że usługi mogły zostać wykonane poza domem; trzeba będzie uzyskać dokumenty od dostawcy.
Wtedy odezwała się Ola.
„Jest jeszcze jedna rzecz. To nie pierwsza faktura wystawiona przez Bellini Eventi na ten adres”.
Rozłożyła przed Luką cztery starsze dokumenty. Na każdym widniał ten sam dopisek o pilnej obsłudze. Na dwóch rozpoznawałam daty rodzinnych przyjęć, przy których pomagałam.
Luca powoli przesunął palcem po nazwisku zatwierdzającego. Na każdym widniało nazwisko osoby zatwierdzającej, lecz wszystkie zawierały jednakowy dopisek o pilnej obsłudze. Nikt w pokoju nie potrafił wyjaśnić, skąd wziął się ten powtarzający się schemat.
Kto naprawdę zatwierdzał te rachunki? Odpowiedź zacznie się wyjaśniać w Części 4.













