Cztery starsze faktury nie oznaczały jeszcze czterech oszustw. Mecenas Wierzbicki powtarzał to tak często, że zaczęłam słyszeć jego głos nawet wtedy, gdy zostawałam sama. Każda mogła dotyczyć prawdziwej usługi, wykonanej i odebranej. Jednak wszystkie pomijały zwykłą drogę zatwierdzania zamówień.
Luca polecił Oli sporządzić zestawienie płatności i poprosił o niezależną kontrolę. Nie kazał nikomu szukać winnego z góry. Obserwowałam, jak trudno przychodziło mu zadawanie prostych pytań o sprawy, na które wcześniej pozwalał Vanessie nie zwracać uwagi.
„Wszystko, co dotyczy mojego domu, traktowałem jak prywatną uprzejmość”, powiedział, kiedy zostałam poproszona o potwierdzenie kolejnego terminu. „Tymczasem rachunki wychodzą z firmowego konta. To ja dopuściłem do tego bałaganu”.
Nie wiedziałam, czy oczekiwał odpowiedzi. Pomyślałam jednak o Marcu, stojącym poprzedniego wieczoru przy stole, i powiedziałam:
„Bałagan nie jest tym samym co oskarżenie niewinnego człowieka”.
Luca przez chwilę patrzył na mnie w milczeniu.
„Nie”, przyznał. „Nie jest”.
Tego dnia prawnik rozmawiał z każdą osobą osobno. W moim przypadku poprosił o opowiedzenie także rozmowy z Vanessą w hallu. Podałam godzinę, którą zapisałam u Zofii, i pokazałam dwie wiadomości z telefonu. Przyjął ich kopie i zaznaczył, że samo poczucie groźby nie dowodzi jeszcze fałszowania dokumentów. Ale świadek nie powinien być pod presją.
Luca zarządził, że Vanessa nie będzie odtąd wydawać pracownikom poleceń ani kontaktować się z nimi w sprawie dochodzenia. Kiedy Renata przekazała mi tę informację, po raz pierwszy od wielu godzin rozluźniły mi się ramiona.
Po południu spotkałam Ewę przy drukarce. Wcześniej prawie ze sobą nie rozmawiałyśmy. Ona zajmowała się korespondencją, ja pokojami gościnnymi; w domu pełnym ludzi można pracować obok kogoś przez pół roku i nie wiedzieć, czego się boi.
„Słyszałam, że pisałaś oświadczenie”, powiedziała. „Nie wzięli ci go do poprawienia?”
„Poprosili tylko, żebym oddzieliła cytaty od tego, co zapamiętałam w przybliżeniu”.
Ewa spojrzała na kartki trzymane w ręce. Potem zapytała, czy w biurze rzeczywiście będą obecni prawnik i księgowa, jeśli ona też zechce coś powiedzieć. Potwierdziłam. Nie pytałam, co ma do przekazania. W jej twarzy zobaczyłam ten sam rodzaj ostrożności, z jakim sama weszłam dzień wcześniej do jadalni. Nie każdy potrzebuje zachęty do odwagi. Czasem potrzebuje jedynie wiedzieć, że nie zostanie pozostawiony sam.
Marco pracował wtedy nad zestawieniem stałych dostawców. Wyjaśnił, że od lat porównuje oferty nie tylko według ceny, ale również jakości i możliwości obsłużenia przyjęcia bez zbędnych pośredników. Matteo Bellini przysłał swoją propozycję trzy miesiące wcześniej. Kosztowała o trzydzieści dziewięć procent więcej niż dotychczasowa umowa, a mimo to Vanessa domagała się jej zatwierdzenia.
„Nie odmówiłem dlatego, że nie lubię jej rodziny”, powiedział. „Odmówiłem, bo nie znalazłem uzasadnienia dla różnicy”.
Przyznał także, że po odmowie próbował porozmawiać z Luką. Zastał go w podróży, a Vanessa zapewniła, że sama wszystko wyjaśni. Potem sprawa przycichła. Marco miał na głowie otwarcie lokalu w Łodzi i uznał, że propozycja została odrzucona.
„Powinienem nalegać”, powiedział.
„Może”, odparłam. „Ale nie mógł pan przewidzieć, że ktoś oskarży pana o cudzy rachunek”.
Wczesnym popołudniem do biura przyjechał przedstawiciel firmy prowadzącej system rezerwacji. Przyniósł wyciąg z historii zmian, odtworzony z kopii zachowanej na serwerze. Konto Marca było wskazane jako osoba zatwierdzająca, lecz sam wniosek wprowadzono z profilu organizatora prywatnych wydarzeń.
„Kto miał dostęp do tego profilu?”, zapytała Ola.
„Vanessa, jej asystentka Ewa i kierowniczka obsługi”, odpowiedziała Renata. „Tyle że ja nie wprowadzałam tego zamówienia”.
Ewa Nowicka od sześciu miesięcy pomagała Vanessie w korespondencji i rezerwacjach. Nie należała do osób, które otwarcie sprzeciwiały się poleceniom. Kiedy poproszono ją do gabinetu, trzymała dłonie tak mocno splecione, że pobielały jej knykcie.
„W piątek wieczorem pracowałam zdalnie”, powiedziała. „Pani Vanessa prosiła o wysłanie zaproszeń i naniesienie zmian w harmonogramie”.
„Czy zmieniałaś zamówienie na pięćdziesiąt osób?”, zapytał prawnik.
„Nie. Dostałam taką wiadomość, ale odpowiedziałam, że wymaga potwierdzenia przez pana Santoriego”.
Wyciągnęła własny komputer. W korespondencji widniała prośba z adresu Vanessy o przygotowanie aneksu. Ewa odmówiła wykonania zmiany bez formalnej akceptacji. Godzinę później dostała krótką odpowiedź: „Sprawa załatwiona. Nie wracaj do tego”.
Nie była to jeszcze bezpośrednia instrukcja sfałszowania nazwiska Marca. Wystarczała jednak, aby podważyć opowieść Vanessy o zwykłej pomyłce kierownika. Luca długo patrzył na ekran.
„Dlaczego wcześniej tego nie pokazałaś?”, spytał Ewę.
„Myślałam, że to tylko sprawa organizacyjna. A wczoraj pani Vanessa powiedziała mi, że jeśli cokolwiek wyniosę z jej korespondencji, już nigdzie nie znajdę podobnej pracy”.
Wierzbicki poprosił, by nie przesyłała wiadomości osobom postronnym, i zabezpieczył je zgodnie z firmową procedurą. Powiedział też głośno, że żaden pracownik nie może zostać ukarany za przedstawienie prawdziwych dokumentów podczas kontroli.
Gdy wyszliśmy na korytarz, Ewa zatrzymała się obok mnie.
„Ty też się bałaś?”, zapytała.
„Cały czas”.
„Nie było tego po tobie widać”.
Uśmiechnęłam się słabo. Nie powiedziałam jej, że przez połowę kolacji miałam wrażenie, iż nogi za chwilę odmówią mi posłuszeństwa.
Wieczorem Vanessa przyjechała odebrać rzeczy z gabinetu. Towarzyszyła jej Renata, ponieważ Luca nie chciał kolejnej rozmowy bez świadka. Zobaczyłam Vanessę tylko z daleka. Czerwona suknia z poprzedniej nocy zniknęła; miała na sobie jasny płaszcz i wyglądała jak kobieta, która wraca z nieudanego spotkania.
Przez moment spojrzała w moją stronę. Czekałam na kolejną uwagę o moim stanowisku. Minęła mnie jednak bez słowa. Zrozumiałam, że jej milczenie nie oznacza rezygnacji. Wcześniej wystarczyłby jeden jej gest, żebym zaczęła przepraszać, chociaż niczego nie zrobiłam. Tym razem nie zamierzałam sama dopowiadać sobie winy, której nikt nie potrafił wskazać. Ona po prostu wiedziała już, że tym razem nie rozmawiamy bez świadków.
Następnego dnia mecenas poinformował nas, że Matteo Bellini zgodził się wyjaśnić rachunek osobiście. Twierdził, że osiemnaście porcji przygotowano w kuchni poza rezydencją i utrzymywano w gotowości przez kilka godzin. Nie potrafił jednak przesłać podpisanego potwierdzenia zamówienia ani wydania towaru.
Prawnik poprosił go o oryginalny aneks oraz dokumentację pracy kuchni. Matteo obiecał je dostarczyć na spotkanie. Marco po raz pierwszy powiedział wtedy, że chce obecności niezależnego kontrolera, a nie tylko osób związanych z Luką. Luca zgodził się bez wahania.
Późnym wieczorem Ola zadzwoniła do Renaty, kiedy wspólnie liczyłyśmy obrusy. Chciała upewnić się, czy w dniu przyjęcia ktoś kazał usunąć z archiwum papierową teczkę z zamówieniami. Renata przypomniała sobie taką prośbę. Vanessa poleciła jej oddać teczkę Ewie, rzekomo do uporządkowania.
Ewa twierdziła, że nigdy jej nie dostała.
Teczka, której brakowało, zawierała kopię pierwszego zamówienia. Jeśli się nie odnajdzie, pozostaną dane elektroniczne. Ale jeśli ktoś celowo ją zabrał, sprawa mogła być poważniejsza niż zawyżony rachunek.
Dlaczego papierowe potwierdzenie zniknęło właśnie wtedy? Dalszy ślad prowadzi do Części 5.













