Powtórzyłam zdanie po włosku, dokładnie tak, jak zapamiętałam je z korytarza. Potem przetłumaczyłam je na polski. W jadalni nikt nie sięgnął po kieliszek. Nawet kelner stojący przy drzwiach przestał poprawiać rękaw marynarki.
„Jeszcze raz”, poprosił Luca. „Od początku. Bez zgadywania, co kto miał na myśli”.
To ostatnie polecenie trochę mnie uspokoiło. Nie chciałam opowiadać historii o złej kobiecie i dobrym pracowniku. Chciałam powiedzieć wyłącznie to, co usłyszałam.
Wyjaśniłam, gdzie stałam, dlaczego niosłam serwetki i kto mówił po włosku. Przytoczyłam rozmowę o pięćdziesięciu osobach, trzydziestu sześciu tysiącach złotych i planowanym wypowiedzeniu Marca. Zatrzymałam się przy słowach o firmie kuzyna Vanessy.
„Tego fragmentu nie zacytuję dosłownie”, przyznałam. „Pamiętam jednak, że Marco odmówił współpracy z tą firmą, ponieważ jej oferta była droższa prawie o czterdzieści procent”.
Vanessa zacisnęła dłoń na oparciu krzesła.
„To niedorzeczne. Dziewczyna podłapała kilka włoskich słów, a resztę sobie dopowiedziała”.
„Emma mówi po włosku poprawniej niż część moich kontrahentów”, zauważył Luca. „Ale płynność nie jest jeszcze dowodem. Marco, potwierdzasz jej słowa?”
Marco odchrząknął. Widziałam, jak zbiera siły, żeby odpowiedzieć przy ludziach, z którymi od lat prowadził interesy.
„Tak. Vanessa kazała mi potwierdzić nieprawdziwą liczbę gości. Odmówiłem. Powiedziała, że doprowadzi do mojego zwolnienia”.
„Bo popełniłeś błąd”, wtrąciła.
„W takim razie pokaż dokument, który podpisałem”.
Luca uniósł rękę, uciszając ich oboje. Przez cztery lata Vanessa była jego partnerką. O ile wiedziałam, nie pracowała formalnie w żadnej z restauracji, ale organizowała prywatne przyjęcia w domu i potrafiła wydawać polecenia tak, jakby należał do niej każdy pokój.
„Zakończymy kolację”, powiedział do gości. „Nie będę urządzał publicznego sądu. Jutro sprawdzimy dokumenty, a wszyscy, których dotyczy ta sprawa, zostaną wysłuchani”.
Nie mogłam uwierzyć, że wypowiedział słowo „wszyscy”. Od dawna przywykłam do tego, że sprawy pracowników omawia się za ich plecami.
Vanessa pochyliła się nad stołem.
„Przecież ona sama przyznała, że podsłuchiwała”.
„Przyznała, że przechodziła korytarzem”, odparł Luca. „A ty sama postanowiłaś uczynić ją świadkiem przy trzydziestu dwóch osobach”.
Niektórzy goście spuścili oczy. Nie wiedziałam, czy z zakłopotania, czy z chęci uniknięcia udziału w tej rozmowie. Luca poprosił mnie, żebym poszła do kuchni i odpoczęła. Nie zagroził mi zwolnieniem, ale nie obiecał też, że nic mi się nie stanie.
W kuchni starsza kucharka Zofia postawiła przede mną szklankę wody. Pracowała w domu dłużej ode mnie i rozpoznawała napięcie po sposobie, w jaki ktoś odkładał łyżkę.
„Słyszałam ostatnie dwa zdania”, powiedziała. „Jesteś blada”.
„Mogłam stracić pracę”.
„Jeszcze możesz. Ale niech najpierw ktoś udowodni, że skłamałaś”.
Przytaknęłam, choć gardło miałam ściśnięte. Zadzwoniłam do ojca. Mieszkał w Krakowie i po operacji biodra wciąż uczył się chodzić bez pomocy. Nie powiedziałam mu o kolacji. Zapytałam tylko, czy dotarł na ćwiczenia.
„Dotarłem. A ty jadłaś coś dzisiaj?”
Skłamałam, że tak. Nie chciałam, aby martwił się o ratę kredytu i kolejną opłatę za rehabilitację. Kiedy się rozłączyliśmy, zobaczyłam dwie nieodebrane wiadomości od Vanessy. W pierwszej żądała, żebym rano przyszła do jej gabinetu. W drugiej napisała: „Przemyśl, czy naprawdę dobrze zrozumiałaś rozmowę”.
Pokazałam ekran Zofii. Nie powiedziała, co mam robić. Poradziła jedynie, żebym wiadomości nie usuwała.
Zanim wróciłam do obrusów, spotkałam Renatę przy drzwiach do spiżarni. Zapytała, czy zechcę następnego dnia przedstawić swoją relację również na piśmie. Odparłam, że nie mam doświadczenia w takich sprawach i nie wiem, jakiego języka używać.
„Zwyczajnego”, powiedziała. „Zapisz, co widziałaś i co usłyszałaś. Jeśli nie pamiętasz jednego słowa, nie udawaj, że pamiętasz”.
Poczułam ulgę. Pierwszy raz od chwili przyjęcia ktoś nie pytał, po czyjej stronie stoję. Renata interesowała się tym, co można ustalić. To było coś zupełnie innego niż prośba Vanessy, żebym poparła gotową opowieść.
Wieczorem sprawdziłam harmonogram ojca. Następna rehabilitacja wypadała w środę, a opłatę musiałam przesłać wcześniej. Otworzyłam aplikację bankową, zobaczyłam saldo i zamknęłam telefon. Każda możliwość utraty pracy stawała się wtedy czymś bardzo konkretnym: brakującym przelewem, rozmową z rodzicami, na którą nie miałam odwagi, kolejnym miesiącem odkładania własnych planów.
Pomyślałam o mamie, która przez lata kazała mi dwa razy sprawdzać nazwiska dostawców. Powtarzała, że raz błędnie zapisane nazwisko może sprawić, iż odpowiedzialność spadnie na niewłaściwego człowieka. Jako nastolatka uważałam te rady za przesadną ostrożność. Tamtego wieczoru nabrały dla mnie znaczenia, którego nigdy wcześniej nie dostrzegałam.
Przed północą Marco zapukał do pomieszczenia, w którym układałam czyste obrusy. Nie wchodził bez zaproszenia.
„Nie musiałaś się za mną wstawiać”, powiedział.
„Nie wstawiałam się. Opowiedziałam, co słyszałam”.
„To więcej, niż zrobiłby niejeden człowiek, któremu płaciłem przez lata”.
Usiadł na skrzyni z pościelą i po raz pierwszy zobaczyłam go naprawdę zmęczonego. Przyznał, że tydzień wcześniej przesłał do działu organizacji pisemne potwierdzenie trzydziestu dwóch nakryć. Dwa dni później ktoś zmienił zamówienie na pięćdziesiąt osób. Kiedy zapytał Vanessę dlaczego, odpowiedziała, że Luca może jeszcze zaprosić dodatkowych znajomych.
„Miałem sprawdzić zmianę przed kolacją”, powiedział. „O to mogę mieć pretensje do siebie. Ale nie złożyłem dyspozycji ani nie wyraziłem zgody na dodatkowe koszty”.
Zapytałam, skąd wzięło się dokładnie trzydzieści sześć tysięcy złotych.
„Podobno z aneksu za osiemnaście dodatkowych porcji i obsługę. Żaden z moich kucharzy ich nie przygotował. Jeśli ktoś je zamówił, musiał korzystać z firmy z zewnątrz”.
Przypomniałam sobie stół przy bocznym wejściu, na którym przed przyjęciem ustawiono tylko trzydzieści dwa winietki. Liczyłam je, bo Zofia prosiła mnie o sprawdzenie pisowni nazwisk. Byłam pewna liczby, ale nie wiedziałam, czy miało to znaczenie dla rachunku.
„Zachowaj tę informację na jutro”, powiedział Marco. „Niech ktoś sprawdzi zapisy, a nie tylko nasze wspomnienia”.
Nazajutrz o ósmej zostaliśmy wezwani do biura Luki. Była tam księgowa Ola Krawiec, kierowniczka obsługi i prawnik, którego wcześniej widziałam tylko przelotnie. Vanessa usiadła naprzeciw Marca z teczką pełną wydruków.
Ola położyła na stole pierwszy dokument.
„Aneks został zatwierdzony elektronicznie w piątek o dziewiętnastej czternaście”, oznajmiła. „Widnieje na nim nazwisko Marca Santoriego”.
Marco przybliżył kartkę do oczu, a potem gwałtownie ją odłożył.
„To niemożliwe. W piątek wieczorem nie miałem dostępu do systemu”.
Luca spojrzał na niego uważnie.
Pomyślałam, że do tej chwili nikt nie pytał Marca, gdzie faktycznie przebywał. Wygodniej było przyjąć to, co pokazano na kartce. Teraz po raz pierwszy ktoś chciał zestawić dokument z życiem człowieka, który miał go podpisać.
„W takim razie musimy ustalić nie tylko, kto zmienił zamówienie. Musimy ustalić, kto użył twojego nazwiska”.
A kiedy Ola odwróciła drugą kartkę, zobaczyłam nazwę firmy, której jeszcze poprzedniego wieczoru Marco nie chciał nawet dopuścić do przetargu.
Żeby dowiedzieć się, dlaczego ta firma pojawiła się na rachunku, przeczytaj Część 3.













