Emilia nie wróciła od razu do domu.
Jej organizm potrzebował czasu, a lekarze nie chcieli przyspieszać kolejnych etapów leczenia tylko dlatego, że rodzina przeżyła niezwykłe wydarzenie.
Każdego ranka Ryszard otrzymywał spokojne, konkretne informacje: jak dziewczynka spała, czy jadła, co udało się sprawdzić i na co trzeba jeszcze uważać.
Przyjął te ograniczenia bez protestu.
Dawniej zapytałby, kto podejmował decyzje i dlaczego wszystko trwa tak długo.
Teraz siadał przy łóżku Emilii, czytał jej po kilka stron książki i odkładał ją, kiedy dziewczynka była zmęczona.
Pewnego popołudnia Emilia spojrzała na okładkę atlasu, który Olek wcześniej oddał ojcu.
— To mój — powiedziała cicho. — Obiecałam mu, że następnym razem pokażę mu mapę morza.
— Pamiętasz Olka?
— Tak. W świetlicy wszyscy chcieli być pierwsi, a on zawsze zostawiał miejsce dla młodszych.
Ryszard przełknął ślinę.
Nie powiedział córce, że na cmentarzu kazał ochroniarzom przytrzymać tego samego chłopca w błocie.
Postanowił, że opowie jej o tym, kiedy będzie na tyle silna, by mogła sama ocenić jego zachowanie.
Nie zamierzał udawać, że od początku wszystkim kierował rozsądek.
Śledztwo tymczasem przyniosło pierwsze wyniki.
Zabezpieczone w pensjonacie dokumenty i dane z urządzeń wskazywały, że doktor Wilk świadomie ukrywał tożsamość Emilii, a jej pobyt rejestrowano pod fałszywym nazwiskiem.
Biegli badali stosowane środki i stan zdrowia dziecka.
Nie przedstawiali jeszcze pełnych wniosków, jednak nic nie potwierdzało prawdziwej śmierci dziewczynki.
Dokumentacja przekazana zakładowi pogrzebowemu zawierała podrobione potwierdzenia.
Urzędnicy i śledczy sprawdzali, w jaki sposób użyto ich podczas przygotowań do ceremonii i kto zignorował obowiązek weryfikacji.
Sam zakład wydał policji zapisy odbioru trumny oraz korespondencję z osobami występującymi w imieniu kliniki.
Z ujawnionych wiadomości wynikało, że Wilk i zatrzymany kierowca planowali wywieźć dziecko po pogrzebie.
W telefonie lekarza znaleziono przygotowane żądanie pieniędzy skierowane do Weroniki.
Chciał przekonać ją, że tylko zapłata ogromnej sumy pozwoli jej odzyskać córkę, a ujawnienie prawdy ściągnie na nią oskarżenie o celowe otrucie Emilii.
— A więc chodziło o okup? — zapytał Ryszard, kiedy Agata przekazała mu informacje dopuszczone do ujawnienia rodzinie.
— Wiele na to wskazuje. Badamy też wcześniejsze zobowiązania finansowe podejrzanego i udział innych osób. Ostateczne zarzuty oraz ocenę dowodów pozostawiamy prokuraturze i sądowi.
Ryszard chciał wiedzieć, czy Wilk od początku planował uprowadzenie.
Agata odpowiedziała, że nie można jeszcze odtworzyć wszystkich jego zamiarów.
Pewne było tylko, że wykorzystał nieprzytomność dziecka, fałszywe dokumenty i rozpacz rodziny, by ukryć dziewczynkę.
Weronika również składała zeznania.
Przyznała, że podała córce preparat otrzymany bezpośrednio od Wilka, nie upewniając się u niezależnego pediatry, czy można go stosować.
Opowiedziała o napadach lęku Emilii i o tym, jak lekarz przekonywał ją, że zwykła konsultacja nie jest potrzebna.
Nie stwierdzono wówczas dowodów, że wiedziała o planowanym uprowadzeniu, lecz śledczy oceniali jej zaniechania i zatajenie listu.
Gdy spotkała Ryszarda na szpitalnym korytarzu, nie próbowała się usprawiedliwiać.
— Wiedziałam, że bała się tych kropli — powiedziała. — Wmówiłam sobie, że to znaczy, że boi się leczenia. Nie zapytałam nikogo innego. A kiedy znalazłam groźbę, znów wybrałam milczenie.
Ryszard oparł się o ścianę.
— Dlaczego mi nie ufałaś?
— Bo kiedy mówiłam, że z Emilią dzieje się coś złego, odpowiadałeś, że przesadzam. A potem przestałam ci mówić. Nie powinnam była, ale tak właśnie było.
Nie była to odpowiedź, która mogła go uwolnić od odpowiedzialności.
Nie usprawiedliwiała też tego, co zrobiła Weronika.
Oboje podejmowali decyzje za dziecko, a zbyt często nikt nie słuchał samej Emilii.
Dziewczynkę wspierała psycholożka dziecięca.
Pozwalano jej opowiadać wyłącznie tyle, ile chciała, bez wielokrotnego wypytywania o szczegóły mogące należeć do postępowania.
Pewnego dnia sama powiedziała ojcu, że pamięta obcy sufit i kobietę, która cicho liczyła jej oddechy.
— Mówiłam, że mam na imię Emilia — szepnęła. — A ten pan ciągle powtarzał, że teraz jestem Niną. Bałam się, że jeśli wszyscy będą tak mówić, ty już mnie nie znajdziesz.
Ryszard przycisnął do ust jej dłoń.
— To nie ty miałaś sprawić, żebym cię znalazł. To dorośli mieli cię ochronić.
Emilia przyjrzała mu się uważnie.
— A mama wiedziała, gdzie jestem?
— Z tego, co teraz wiemy, nie. Ale nie powiedziała nam wszystkiego, kiedy powinna. Będziemy ci mówić prawdę, kiedy tylko będziemy ją znali.
Przez następne dni w mediach pojawiały się coraz bardziej sensacyjne doniesienia.
Ryszard odmówił pokazywania córki kamerom.
Nie pozwolił też ujawniać danych Olka ani miejsca, w którym chłopiec mieszkał.
Raz odebrał telefon od znajomego, który chciał zorganizować publiczną uroczystość na cześć małego bohatera. Ryszard odmówił. Pomyślał o Olku klęczącym w błocie, otoczonym dorosłymi ludźmi, z których żaden nie pochylił się, żeby pomóc mu wstać. Nie chciał, żeby teraz ci sami ludzie ustawiali chłopca pod błyskami aparatów i żądali od niego uśmiechu.
Kiedy pewien dziennikarz zapytał, czy uratowane dziecko wybaczy matce, zakończył rozmowę.
Później zaprosił Olka i panią Anielę na krótkie spotkanie w świetlicy, za zgodą opiekunów i bez fotografów.
Stanął przed chłopcem tak, żeby nie górować nad nim.
— Na cmentarzu kazałem cię zatrzymać. Byłem okrutny i się pomyliłem. Przepraszam.
Olek przez chwilę milczał.
— Chciałem tylko, żeby ją pan sprawdził — powiedział w końcu.
— Wiem. I gdybyś nie przyszedł, nie wiem, co by się z nią stało.
Ryszard wyjął z kieszeni kopertę, lecz widząc spojrzenie pani Anieli, odłożył ją na stół.
— Chciałbym wam pomóc — powiedział ostrożnie.
— Pomóc można na wiele sposobów — odparła kobieta. — Nie chcę, żeby Olek pomyślał, że za uczciwość należy się zapłata. On już zrobił coś, czego żaden dorosły nie potrafił zrobić na czas.
Ryszard przyjął te słowa bez urazy. Zaproponował więc, że porozmawia z prowadzącymi świetlicę o brakujących książkach i potrzebach dzieci. Nie chciał jednak podejmować żadnych decyzji bez ich zgody. Przede wszystkim zapytał Olka, czy czuje się bezpiecznie po wydarzeniach na cmentarzu.
— Ludzie zadają mi pytania — odrzekł chłopiec. — Niektórzy mówią, że jestem odważny, a inni pytają, czemu w ogóle się wtrącałem. Nie wiem, co odpowiadać.
— Nie musisz odpowiadać każdemu. Przeżyłeś coś trudnego. Jeśli będziesz chciał porozmawiać, znajdziemy dorosłego, któremu ufasz.
Pani Aniela lekko skinęła głową. Jej wnuk nie potrzebował kolejnego bohaterstwa na pokaz. Potrzebował spokojnego powrotu do szkoły i pewności, że nikt nie będzie go ścigał za wypowiedzenie prawdy.
Chłopiec nie chciał rozmawiać o nagrodzie.
Poprosił jedynie, by Emilia mogła kiedyś znów przyjść do świetlicy, jeśli będzie miała na to ochotę.
Wieczorem Ryszard wrócił do szpitala.
Emilia czekała na niego przy zapalonej lampce.
— Tato, jeśli nie chcę jeszcze widzieć mamy, to mogę? — zapytała.
Ryszard poczuł ciężar pytania, na które dawniej odpowiedziałby odruchowo, powołując się na rodzinę.
Tym razem wiedział, że musi dać córce coś, czego tak długo jej odmawiano: prawo do własnego tempa.
Czy potrafi dotrzymać tej obietnicy także wtedy, gdy Weronika poprosi o spotkanie? Ciąg dalszy w Części 6.













