Agata Sokołowska poprosiła wszystkich o odłożenie domysłów na bok.
Ktoś umieścił w trumnie przedmioty zamiast ciała dziecka, a pielęgniarka ostrzegła przed planowanym przewiezieniem dziewczynki.
To były fakty, od których można było zacząć.
— Jeśli Emilia żyje, musi potrzebować opieki medycznej — powiedziała policjantka. — Będziemy działać z ratownikami. Pan nie może wchodzić pierwszy ani samodzielnie szukać lekarza.
Ryszard słyszał, że każde słowo ma sens, lecz z trudem powstrzymywał się przed wybiegnięciem z kaplicy.
Całe życie rozwiązywał kryzysy telefonem.
Teraz sto połączeń do znajomych nie zastąpiłoby jednego wiarygodnego adresu.
Olek przekazał telefon funkcjonariuszom, aby zabezpieczyli wiadomość.
Potem zadzwonił ze służbowego aparatu policjantki do babci, u której mieszkał.
Jej głos był tak zdenerwowany, że odsunął słuchawkę od ucha.
— Babciu, nic mi nie jest. Jestem z policją. Nie zgubiłem się — powtarzał.
Ryszard pomyślał o kobiecie, która przez ostatnią godzinę nie wiedziała, gdzie znajduje się wnuk.
W jego własnym domu nikt od kilku dni nie wiedział, gdzie naprawdę znajduje się córka.
W komisariacie przygotowano osobne miejsce dla Olka i jego babci, pani Anieli.
Chłopiec nie musiał przysłuchiwać się rozmowom dorosłych.
Jednak przed odejściem poprosił, aby wolno mu było powiedzieć jeszcze jedną rzecz.
— Emilia dawała mi książki, ale nie dlatego, że jestem biedny — oznajmił, zaciskając dłonie na kubku ciepłej herbaty. — Mówiła, że książki powinny wędrować. Tego dnia chciałem oddać jej atlas. Dlatego byłem przy domu i widziałem szklankę.
Agata zapisała szczegół dotyczący atlasu.
Mógł potwierdzić powód wizyty Olka bez zakładania, że chłopiec widział wszystko poprawnie.
Jego relacja miała zostać sprawdzona, nie przyjęta wyłącznie na wiarę.
Przed południem policjanci weszli do kliniki doktora Adriana Wilka.
Zastali pustą recepcję, niedziałający telefon i gabinety, z których usunięto część dokumentacji.
Nie było tam również Doroty Maj, pielęgniarki i cioci Olka.
Pracownik ochrony pobliskiego budynku powiedział, że późnym wieczorem widział odjeżdżający biały samochód medyczny.
Pamiętał go, bo kierowca cofał bardzo ostrożnie po wąskiej ulicy.
Na nagraniu z zewnętrznej kamery widać było godzinę odjazdu.
W środku samochodu, za przyciemnioną szybą, nie można było rozpoznać żadnej twarzy.
Jednak numer rejestracyjny udało się odczytać.
Pojazd należał do firmy współpracującej z Wilkiem, choć kierowca nie zgłosił żadnego przewozu pacjentów.
W dokumentach znalezionych w klinice pojawiło się inne nazwisko: „Nina Kowal, osiem lat”.
Wpis o przyjęciu dziewczynki powstał tego samego dnia, w którym rodzinie Halickich przekazano wiadomość o śmierci Emilii.
Rubryka dotycząca wypisu była pusta.
Badania i podpis lekarza miały nieprawidłowości, które wymagały oceny biegłych.
— To może być nasza córka? — zapytał Ryszard, gdy Agata poinformowała go o odkryciu.
— Może. Dopóki nie porównamy zapisów i nie zobaczymy pacjentki, nie będziemy tego przedstawiać jako pewnik.
Ryszard skinął głową.
Wciąż pamiętał, jak szybko uznał słowa Olka za kłamstwo, ponieważ nie pasowały do tego, co chciał usłyszeć.
Tym razem zmuszał się do odróżniania nadziei od dowodu.
Osobno przesłuchano Weronikę.
Oddała policjantom telefon i małe pudełko z rzeczami, które Wilk pozostawił w domu.
Wśród rachunków znajdowała się kartka wsunięta do koperty bez nadawcy.
Ryszard zobaczył ją dopiero wtedy, gdy żona pozwoliła mu przeczytać treść w obecności funkcjonariuszy.
„Milcz o kroplach. Po pogrzebie otrzymasz dalsze instrukcje. Jeśli powiesz mężowi, że sama podałaś lek, wszyscy uznają cię za winną”.
— Kiedy to dostałaś? — spytał.
— Wczoraj wieczorem. Było w skrzynce.
— I nie przyszło ci do głowy powiedzieć policji?
— Myślałam, że ktoś chce mnie szantażować po śmierci dziecka. Bałam się, że stracę również ciebie.
— A ja naprawdę ją straciłem, kiedy przestałem pytać o cokolwiek — odpowiedział Ryszard.
Weronika zaczęła płakać.
Tym razem nie próbował jej pocieszać.
Nie wiedział, czy zataiła coś jeszcze, i nie chciał zastępować dochodzenia własnym wyrokiem.
Jednocześnie nie potrafił zignorować, że miała w rękach ostrzeżenie, które mogło pomóc wcześniej.
— Czy Emilia bała się doktora Wilka? — zapytał po chwili.
— Czasami odsuwała się, kiedy wchodził. Tłumaczyłam sobie, że dzieci nie lubią badań. Raz poprosiła, żebym została z nią przez całą wizytę, ale lekarz powiedział, że przeszkadzam w rozmowie. Wyszłam, chociaż płakała.
Ryszard czuł, jak narasta w nim bezsilność.
Nie pytał żony, dlaczego była złą matką. Pytał, dlaczego oboje przez tyle tygodni bardziej wierzyli dorosłemu, który mówił spokojnym głosem, niż dziecku, które nie potrafiło nazwać własnego lęku.
— Jeśli ją znajdziemy — powiedział — nie będziemy kazać jej mówić od razu. Nie będziemy się domagać, żeby zapewniła nas, że nic się nie stało.
Weronika skinęła głową, lecz nie odpowiedziała.
Nie było między nimi pojednania. Była tylko świadomość, że dziewczynka, której nie wysłuchali, potrzebowała od nich teraz czegoś ważniejszego niż wzajemne oskarżenia.
Pod wieczór zgłoszono ważny szczegół.
Samochód Wilka został zarejestrowany przez kamerę przy drodze w kierunku Wieliczki, a następnie przez stację paliw poza miastem.
Na drugim nagraniu, zarejestrowanym z boku, widać było, jak kierowca zatrzymuje się, a kobieta w medycznej odzieży poprawia koc na noszach.
Nie było widać pacjentki, ale sposób przemieszczania wyposażenia potwierdzał, że ktoś mógł znajdować się w środku.
Agata nie pokazała filmu Ryszardowi, dopóki technicy nie zabezpieczyli oryginału.
Opowiedziała mu jedynie, co można było ustalić bez zgadywania.
W tym czasie policja sprawdziła miejsca wynajmowane przez kierowcę i wspólnika Wilka.
Jeden z adresów prowadził do dawnego pensjonatu za wsią, otoczonego żywopłotem i wysokim ogrodzeniem.
W dokumentach nieruchomości widniała nazwa „Zielona Brama”.
Ryszard znał okolicę.
Kiedyś przejeżdżał tamtędy z Emilią w drodze na wycieczkę, a ona uparła się, żeby liczyć czerwone dachy.
Zatrzymał samochód na poboczu, bo nie chciał się z nią sprzeczać.
To było jedno z niewielu wspomnień, w których naprawdę się nie spieszył.
Nagle telefon Agaty zadzwonił.
Rozmowa trwała krótko.
Policjantka odłożyła aparat i spojrzała na Ryszarda.
— Przy posesji jest świeży ślad po ambulansie. Nikt nie otwiera bramy. Słychać jednak pracujący sprzęt. Jedziemy tam z zespołem ratowniczym.
Ryszard wstał.
— Jadę z wami.
— Nie. Córka będzie bezpieczniejsza, jeśli pozwoli pan ludziom wykonać zadanie. Proszę zostać pod telefonem.
Po raz pierwszy od lat Ryszard nie próbował postawić na swoim.
Usiadł w pustym pokoju, położył przed sobą atlas Olka, który babcia chłopca pozwoliła mu obejrzeć, i czekał na wiadomość.
Na wewnętrznej stronie okładki Emilia narysowała nieduży dom z otwartymi drzwiami.
Pod spodem napisała dziecięcym pismem: „Nawet gdy się boję, chcę wrócić do domu”.
Nie wiedział, dlaczego tak prosty rysunek sprawia mu większy ból niż wszystkie dokumenty rozłożone na biurku.
Kilka kilometrów dalej policjanci właśnie podchodzili do prawdziwej zielonej bramy.
Co zastaną za ogrodzeniem? Sprawdź w Części 4.













