Jadwiga Sowa mieszkała w niewielkim domu pod Radomiem.
Nie otworzyła drzwi Karolinie, bo Karolina nigdy tam nie pojechała.
Aspirantka Lis uprzedziła ją, że samodzielna konfrontacja mogłaby zaszkodzić postępowaniu i dodatkowo obciążyć dzieci.
To policja odnalazła dawną położną i przesłuchała ją w obecności pełnomocnika.
Karolina dowiedziała się o tym dopiero kilka dni później.
Tymczasem codzienność nie chciała czekać na wyniki śledztwa.
Oliwier chodził do szkoły, Marek wrócił do pracy, a Kacper w nowym, tymczasowym domu uczył się zasypiać bez sprawdzania, czy jego buty nadal stoją przy łóżku.
Pewnego popołudnia Karolina zabrała obu chłopców do biblioteki, za zgodą opiekunów i w ustalonym czasie.
Oliwier wybierał książkę o planetach.
Kacper przez długi czas stał przed półką z opowieściami o rodzinach.
— Dlaczego w tych książkach wszyscy odnajdują się na końcu? — zapytał.
Karolina nie znała odpowiedzi.
— Może autorzy chcą, żeby czytelnik miał nadzieję — powiedziała.
— A jeśli ktoś nie chce zostać znaleziony?
— Wtedy trzeba usłyszeć, dlaczego.
Chłopiec zamknął książkę i usiadł na podłodze między regałami.
Wyznał, że w nocy śni mu się mieszkanie babci Heli, ale drzwi mają inną klamkę i nie potrafi ich otworzyć.
Bał się, że jeśli zamieszka u Karoliny, przestanie pamiętać zapach zupy Wiktorii.
— Nie chcę zapomnieć swojej mamy — powiedział.
— Nie musisz — odparła Karolina.
— Nie będę cię prosiła, żebyś przestał ją kochać.
Oliwier przysiadł obok nich.
— Możesz opowiadać o niej przy kolacji — zaproponował.
— Ja opowiem ci, jaki byłem mały.
Kacper uniósł brwi.
— Przecież jesteś mały.
— Starszy o siedem minut, jeśli to naprawdę my — odciął się Oliwier, powtarzając informację z rodzinnych papierów.
Obaj wybuchnęli śmiechem.
Karolina wiedziała, że jeszcze niedawno taki żart wydałby się jej niemożliwy.
Tego samego wieczoru Joanna Lis zadzwoniła z wiadomością, na którą czekali.
Jadwiga Sowa potwierdziła, że podczas nocnego dyżuru dziesięć lat wcześniej widziała obydwu chłopców żywych po godzinie drugiej.
Jeden przebywał w inkubatorze, drugi był już stabilny, lecz żaden nie wymagał wtedy stwierdzenia zgonu.
— To jej zeznania, nie ostateczna opinia medyczna — zastrzegła policjantka.
— Ale wskazała ludzi i dokumenty, które możemy sprawdzić niezależnie.
Położna opowiedziała o Romanie Wierzbickim, ówczesnym zastępcy dyrektora szpitala do spraw administracyjnych.
To on miał pojawić się na oddziale i zażądać przygotowania dziecka do przekazania osobom spoza placówki.
Twierdził, że chodzi o pilny transport medyczny.
Jadwiga zapamiętała jednak, że nie było ani noszy transportowych, ani zespołu karetki.
Przy bocznym wejściu czekał prywatny samochód.
— Dlaczego pozwoliła na to? — spytała Karolina.
Joanna milczała przez moment.
— Powiedziała, że bała się utraty pracy i zaufała przełożonym. Wie również, że to jej nie usprawiedliwia.
Karolina miała ochotę krzyczeć.
Nie potrafiła pogodzić się z myślą, że wygoda dorosłych mogła przeważyć nad losem noworodka.
Ale po odłożeniu telefonu nie poczuła ulgi.
Ciągle słyszała Kacpra pytającego, czy ktoś pozwoli mu zachować własne imię.
Niedługo potem opiekunka zastępcza przekazała Karolinie kopertę, którą Kacper chciał jej pokazać podczas następnego spotkania.
W środku były trzy fotografie z dzieciństwa.
Na jednej Kacper siedział na rowerku przed domem w Pruszkowie.
Na drugiej obejmowała go drobna, jasnowłosa kobieta.
Na odwrocie trzeciej ktoś zapisał: „Pierwszy dzień szkoły. Mama Wiktoria była dumna”.
Karolina poczuła zazdrość tak gwałtowną, że przestraszyła się samej siebie.
Oto ktoś inny widział pierwszy krok jej syna, słuchał jego pierwszego słowa i prowadził go do szkoły.
Inna kobieta znała jego ulubione potrawy i wiedziała, kiedy źle sypia.
Karolina przez lata opłakiwała dziecko, które tymczasem śmiało się i dorastało w cudzym domu.
Nie powiedziała tego Kacprowi.
Zapytała za to, co najbardziej lubił robić z Wiktorią.
— Naprawialiśmy stare radia — odparł.
— Nie umiała ich naprawdę naprawiać, ale pozwalała mi odkręcać śrubki.
A potem zawsze gubiliśmy jedną i tata się denerwował.
— Czy była dla ciebie dobra?
— Kiedy mogła wstać z łóżka, tak.
Później dużo chorowała, ale pamiętała, żeby zostawić mi lampkę w korytarzu.
Karolina poprosiła go, by opowiedział jeszcze coś.
Słuchała nie po to, by sprawdzić, czy Wiktoria zasługuje na miano matki, lecz by poznać część własnego syna, której nikt nie mógł jej zwrócić.
Po spotkaniu poszła sama na długi spacer.
Było jej trudno zaakceptować, że dwa uczucia mogą być prawdziwe jednocześnie: miłość kobiety, która urodziła Kacpra, i przywiązanie chłopca do kobiety, która go wychowała.
Jeżeli miała zyskać jego zaufanie, nie mogła kazać mu wybierać, czyja pamięć jest ważniejsza.
Wieczorem zadzwoniła do Marka.
Powiedziała mu o zdjęciach i poprosiła, by przy kolejnym spotkaniu nie wypytywał Kacpra wyłącznie o szpital.
— Nie chcę, żeby uwierzył, że interesuje nas tylko to, co nam odebrano — wyjaśniła.
— On jest kimś więcej niż dowodem w sprawie.
Marek odparł, że rozumie.
Następnego dnia kupił mały zestaw narzędzi do naprawy radia, ale zamiast od razu wręczyć go chłopcu, zapytał opiekunów, czy taki prezent byłby odpowiedni.
Po raz pierwszy od lat oboje uczyli się tej samej rzeczy: nie przyspieszać czegoś, co dla dziecka musi dziać się powoli.
Kolejny krok należał do śledczych.
Zabezpieczyli nie tylko księgi dyżurów, lecz także stare rozliczenia szpitalnego podwykonawcy, który w tamtym okresie wystawiał faktury za usługi doradcze.
Na jednej z nich znajdowało się nazwisko Piotra Krawca.
Wysoka kwota i data nie dowodziły jeszcze kupna dziecka, ale pasowały do opisu Jadwigi.
W mieszkaniu Piotra, na podstawie decyzji procesowych, odnaleziono również kopię dokumentu poświadczającego urodzenie Kacpra przez Wiktorię Krawiec.
Szpital wskazany na tym dokumencie nie potwierdzał jednak porodu kobiety w podanym terminie.
Taka sprzeczność wymagała sprawdzenia urzędowych rejestrów i przesłuchania osób, które sporządzały zaświadczenia.
Marek dowiedział się o tych ustaleniach podczas spotkania z prawniczką.
Przez długi czas patrzył na swoje dłonie.
— Przestałem szukać, bo uwierzyłem, że nie ma już kogo szukać — powiedział.
Karolina nie odpowiedziała od razu.
Ona także pamiętała chwile, w których odsuwała każdą wątpliwość, żeby móc ugotować obiad, odebrać Oliwiera z przedszkola i wstać następnego dnia.
— Wtedy robiliśmy wszystko, żeby przeżyć — powiedziała w końcu.
— Teraz możemy zrobić coś dla niego.
Następnego dnia Monika poinformowała ich, że pełna opinia genetyczna potwierdziła biologiczne rodzicielstwo Karoliny i Marka oraz to, że Kacper i Oliwier są bliźniętami jednojajowymi.
Chłopcy zgodzili się, by psycholog pomógł przekazać im wynik.
Oliwier słuchał poważnie.
Kacper zapytał tylko, czy to znaczy, że przez dziesięć lat ktoś wiedział o drugim domu.
Nikt nie umiał mu jeszcze odpowiedzieć.
Karolina chciała objąć obu synów, lecz najpierw zapytała Kacpra, czy może.
Chłopiec skinął głową i przytulił się do niej ostrożnie, jak ktoś, kto dopiero uczy się, że uścisk nie musi być pożegnaniem.
Dwa dni później pojawiła się kolejna informacja.
Jadwiga przekazała policji zachowany przez lata notes z numerami paczek wydawanych z oddziału.
Przy numerze przypisanym medalionowi widniały inicjały osoby odbierającej: P. K.
Było to za mało, by zrozumieć całą sprawę.
Jednak na tej samej stronie, pod datą nocnego transportu, ktoś dopisał ołówkiem zdanie: „Rodzice nie zostali powiadomieni”.
Kto mógł podjąć taką decyzję, skoro Karolina i Marek byli na oddziale?
Aby poznać odpowiedź i zobaczyć, jak zareaguje Piotr Krawiec, przejdź do Części 5.













