Następnego ranka Marek przyjechał do Warszawy z teczką tak wypchaną papierami, że nie mógł dopiąć zamka.
Przed wejściem do szpitala zapytał Karolinę, czy jest pewna, że chce wrócić do tamtej nocy.
— Nie chcę do niej wracać — odpowiedziała.
— Chcę się wreszcie dowiedzieć, co się wtedy wydarzyło.
Monika Czarnecka spotkała ich w niewielkim pokoju obok oddziału dziecięcego.
Kacper był już po badaniach; jego stan nie wymagał dalszej hospitalizacji, ale wciąż potrzebował bezpiecznego miejsca i spokojnej opieki.
Pracownica wyjaśniła, że sąd rodzinny otrzymał zawiadomienie o sytuacji chłopca i że ustalenie doraźnego zabezpieczenia nie zależy od życzeń samych dorosłych.
Karolina nie protestowała.
Przyniosła zapasowe ubrania, buty i książkę z krótkimi opowiadaniami.
Kacper przyjął buty, lecz kiedy zobaczył książkę, spytał, czy będzie mógł zatrzymać ją nawet wtedy, gdy przeniosą go gdzie indziej.
— Jest twoja — odpowiedziała.
— Babcia zawsze mówiła, że rzeczy wypożyczone trzeba oddawać.
— Tej nie trzeba.
Marek, który stał przy drzwiach, patrzył na Kacpra tak długo, że chłopiec w końcu schował stopy pod krzesłem.
— Przepraszam — powiedział Marek.
— Bardzo przypominasz mi kogoś, kogo kiedyś widziałem.
— Oliwiera? — zapytał Kacper.
Marek pokręcił głową.
— Małego chłopca w zielonym kocyku.
Kacper nie odpowiedział.
Ścisnął jednak medalion tak mocno, że jego knykcie pobielały.
Dokumenty Karoliny zawierały wypis z oddziału położniczego i informację o zgonie jednego noworodka po nagłym pogorszeniu stanu.
Marek zachował także kartkę z nazwiskiem lekarki, która z nimi rozmawiała: doktor Elżbiety Dąbek.
Nie mieli natomiast w teczkach odpisu aktu zgonu dziecka ani potwierdzenia, co stało się później z jego ciałem.
Wtedy, pod wpływem leków, bólu i szoku, zgodzili się, by formalności załatwił szpitalny pełnomocnik.
Monika poleciła im zgłosić podejrzenie przestępstwa i skorzystać z pomocy prawnika.
Podkreśliła, że placówka nie może przekazywać osobom postronnym cudzych danych medycznych, nawet gdy sprawa wydaje się oczywista.
Karolina i Marek złożyli więc formalne wnioski dotyczące własnej dokumentacji, a następnie przekazali policji informacje o Kacprze i medalionie.
W komisariacie przyjęła ich aspirantka Joanna Lis.
Nie nazwała ich opowieści fantastyką, ale poprosiła, żeby rozdzielili wspomnienia od rzeczy, które mogą pokazać.
Zrobiła zdjęcia medalionu za zgodą osób sprawujących bieżącą opiekę nad dzieckiem i spisała, kto go dotąd posiadał.
— Ten przedmiot jest ważny — powiedziała.
— Nie dlatego, że sam dowodzi pokrewieństwa, tylko dlatego, że prowadzi do konkretnych zdarzeń i ludzi.
Przez kolejne dni Karolina i Marek przekazywali policji dokumenty, a Kacper otrzymał tymczasową opiekę w rodzinie zastępczej, którą nadzorowały właściwe służby.
Monika pomogła zorganizować spotkania z Karoliną i Oliwierem w uzgodnionych terminach.
Kacper na początku nie chciał jechać na żadne z nich.
Mówił, że gdy ktoś zaczyna się do niego przyzwyczajać, zwykle znika.
Pierwsza wizyta odbyła się w pokoju, gdzie na niskim regale stały gry planszowe i pudełko kredek.
Kacper wybrał krzesło najbliżej drzwi.
Nie dotknął ciastek, które Karolina przyniosła w zamkniętym opakowaniu, choć wcześniej pytał, czy można dostać coś słodkiego.
— Nie musisz mi niczego opowiadać — powiedziała.
— Możemy po prostu posiedzieć.
Milczeli prawie dziesięć minut.
Za oknem autobus zatrzymał się przy przystanku, a potem ruszył dalej.
Kacper obserwował go z taką uwagą, jakby próbował zapamiętać trasę na wypadek ucieczki.
— Jeśli okaże się, że jesteś moją mamą, zmienią mi imię? — zapytał nagle.
— Nie ma takiego powodu.
— A nazwisko?
— Tego nie rozstrzygniemy dzisiaj. Najpierw musimy dowiedzieć się, co się wydarzyło.
Chłopiec przesunął palcem po szwie rękawa.
— Nie lubię, kiedy dorośli mówią, że wszystko będzie dobrze.
Potem robią różne rzeczy i nie pytają mnie o zdanie.
Karolina poczuła ukłucie wstydu, choć wiedziała, że to nie wobec niej kierował tę skargę.
Przez całą drogę myślała o odzyskaniu dziecka, jakby było przedmiotem odnalezionym po latach.
Teraz patrzyła na chłopca, który przez dziesięć lat miał swoje wspomnienia, swoje lęki i ludzi, których kochał.
Nie mogła po prostu odwrócić ich życia i zażądać, żeby zaczął od nowa.
— Nie obiecam ci, że nie będzie trudnych decyzji — powiedziała.
— Mogę obiecać, że będę słuchała, co o nich myślisz.
Dopiero wtedy Kacper otworzył opakowanie ciastek.
Zjadł jedno i schował drugie do kieszeni.
Karolina nie pytała dla kogo.
Uczyła się, że zaufanie rodzi się także wtedy, kiedy nie trzeba tłumaczyć każdego drobnego gestu.
Na drugim spotkaniu Oliwier przyniósł zeszyt.
Narysował dwa okna w jednym domu i podpisał pod nimi ich imiona.
— Nie musisz w nim mieszkać — wyjaśnił.
— Chciałem tylko, żebyś wiedział, że jest miejsce na drugie okno.
Kacper obejrzał rysunek, a potem zapytał, czy Oliwier pozwoli mu narysować komin.
Przez kilka minut rozmawiali tylko o dachu, dymie i tym, jak narysować deszcz.
Karolina po raz pierwszy tego tygodnia usłyszała ich jednoczesny śmiech.
Później Kacper opowiedział jej o Wiktorii Krawiec, kobiecie, którą nazywał mamą.
Zmarła trzy lata wcześniej po długiej chorobie.
Po jej śmierci zajmowała się nim Helena, matka Piotra Krawca.
Piotr często wyjeżdżał i prawie nie rozmawiał z chłopcem; kiedy wracał, w domu robiło się cicho.
— Nie chcę, żeby ktoś mówił, że mama Wiktoria mnie nie kochała — oznajmił Kacper.
— Nie powiem tego — obiecała Karolina.
— Nie wiem, co wiedziała, ale słyszę, że była dla ciebie ważna.
Po tygodniu do komisariatu dotarła pierwsza odpowiedź z dawnego szpitala.
Część dokumentacji przechowywano w archiwum papierowym, inne dane były niekompletne po zmianie systemu.
Zespół śledczy otrzymał zabezpieczone kopie kart dyżurów i wykazów transportów z nocy porodu.
Joanna Lis zaprosiła dorosłych na rozmowę.
Pokazała im daty, które miały zostać zweryfikowane przez biegłych.
Według wypisu jedno z dzieci zmarło o drugiej czternaście.
Tymczasem w wykazie przewozów zapisano przekazanie niemowlęcia z tego samego oddziału o drugiej czterdzieści jeden.
Dane identyfikacyjne przy transporcie były częściowo zasłonięte poprawkami, a rubryka z podpisem osoby odbierającej pozostawała nieczytelna.
— To jeszcze nie przesądza, że chodzi o waszego syna — uprzedziła policjantka.
— Ale rozbieżność jest na tyle poważna, że musimy ustalić, kto sporządził te wpisy.
Marek ścisnął oparcie krzesła.
— Czyli ktoś mógł wywieźć żywe dziecko, kiedy nam mówiono, że umarło?
— Sprawdzamy taką możliwość.
Tego wieczoru Karolina wyjęła stare zdjęcie dwóch noworodków.
Zauważyła szczegół, który dotąd przeoczała: na odwrocie fotografii widniała godzina wcześniejsza niż zapis w wypisie o pogorszeniu stanu drugiego chłopca.
Zdjęcie nie rozstrzygało niczego, ale pokazywało, jak niewiele czasu minęło między radością a wiadomością o śmierci.
Kilka dni później aspirantka Lis zadzwoniła ponownie.
Laboratorium potwierdziło, że pobrane za zgodą i w odpowiedniej procedurze próbki wykazują pokrewieństwo Karoliny z oboma chłopcami oraz zgodność z bliźniaczym pochodzeniem dzieci.
Biegły miał jeszcze sporządzić pełną opinię do postępowania.
Karolina usiadła na schodach przed domem.
Po raz pierwszy mogła wypowiedzieć na głos zdanie, którego bała się przez dziesięć lat: miała dwóch żyjących synów.
Wtedy Joanna Lis powiedziała, że ustalono też nazwisko osoby, która podpisała dyżurny wykaz przewozów.
Nie była to doktor Dąbek.
Podpis należał do położnej, która od lat przebywała na emeryturze i dotąd nie złożyła żadnych wyjaśnień.
Nazywała się Jadwiga Sowa.
A w dawnym rejestrze przy jej nazwisku znajdowała się adnotacja: „przekazano paczkę rzeczy osobistych”.
Co kryło się w tej paczce i dlaczego podpis położnej pojawił się przy nocnym przewozie?
Ślad prowadził do kobiety, która milczała przez dekadę. Dalszy ciąg czeka w Części 4.













