Badanie zakończyło się po północy.
Lekarka nie stwierdziła oznak bezpośredniego zagrożenia dla dziecka, ale zaleciła Alicji odpoczynek i kontrolę, gdyby pojawiły się nowe dolegliwości.
Alicja dostała też dokument potwierdzający zaczerwienienie policzka i ból po uderzeniu.
Schowała go do torebki staranniej niż wypłatę z ostatniego tygodnia.
Izabela czekała pod gabinetem.
— Wszystko dobrze?
— Na tę chwilę tak.
— Ale nie chcę już zgadywać, co powinnam wytrzymać, żeby nie sprawiać kłopotu.
Odczytała wiadomość z nazwiskiem Tomasza Wrony i zadzwoniła do Mateusza.
Pół godziny później Alicja rozmawiała przez telefon z Joanną Radecką, prawniczką, której kontakt dostała w hotelu.
Potwierdziła, że to od niej pochodziła wiadomość z nazwiskiem kierowcy.
Wyjaśniła, że od kilku tygodni rozmawiała z byłym kierowcą firmy należącej niegdyś do Sadowskich.
— Mamy nazwisko z akt dawnego postępowania — powiedziała.
— Pan Wrona prowadził samochód ciężarowy stojący wtedy na poboczu.
— Nie mam podstaw, żeby uznać go za winnego.
— Chcę tylko sprawdzić, czy jego zeznania były kompletne.
Alicja zapytała, dlaczego prawniczka zainteresowała się tym akurat teraz.
— Izabela od lat miała wątpliwości co do przebiegu wypadku.
— Niedawno w archiwum znalazła prywatne notatki swojej rehabilitantki, spisane podczas pierwszych tygodni leczenia.
— Kilka razy powtarzała wtedy, że nie widziała świateł ciężarówki.
— Rodzina uznała to za skutek szoku.
Pomyślała o Izabeli, która tak długo żyła ze wspomnieniem zdarzenia, a mimo to nikt nie chciał potraktować jej słów poważnie.
— I co teraz?
— Najpierw porozmawiamy z panem Wroną.
— Ale wyłącznie jeśli sam zgodzi się złożyć wyjaśnienia.
Następnego dnia Mateusz zaproponował spotkanie w kancelarii, nie w swoim biurze.
Alicja odpowiedziała, że chce przyjść, lecz tylko na godzinę i z możliwością wyjścia w dowolnym momencie.
Zgodził się bez wahania.
Nie miała zamiaru zostać czyjąś własnością w zamian za wdzięczność.
Joanna przywitała ich w niewielkiej sali z jasnym stołem i dzbankiem herbaty.
Przy oknie siedział siwiejący mężczyzna w granatowej kurtce.
Tomasz Wrona ściskał w dłoniach czapkę tak mocno, że pobielały mu knykcie.
— Nie przychodzę tu, żeby mnie ktoś uniewinniał — zaczął, zanim usiadłam.
— Prowadziłem tę ciężarówkę.
— A dziewczyna omal nie umarła.
Izabela spojrzała na niego bez gniewu, lecz bez uśmiechu.
— Chcę wiedzieć, dlaczego nie było widać pańskiego samochodu.
Tomasz otworzył cienką teczkę.
W środku leżały pożółkłe kopie formularzy i kilka zdjęć wydrukowanych na zwykłym papierze.
— Dwa dni przed wypadkiem zgłosiłem przerywające tylne oświetlenie — powiedział.
— Dyspozytor kazał mi zostawić pojazd w bazie.
— Kiedy wróciłem rano, przełożony oznajmił, że naprawiono instalację.
— Dostałem zlecenie przewozu i ruszyłem.
Przesunął do nich pierwszą kartkę.
Było na niej jego nazwisko, numer pojazdu, opis usterki i pieczątka przyjęcia zgłoszenia.
Na kolejnej widniał wpis o rzekomo zakończonej naprawie.
Podpis był nieczytelny.
— Na trasie światła znowu zgasły.
— Zjechałem na pas awaryjny, włączyłem awaryjne, ale instalacja już nie reagowała.
— Wyszedłem ustawić trójkąt.
— Zanim zdążyłem odejść od samochodu, usłyszałem uderzenie.
Przez chwilę słychać było tylko zegar.
Alicja nie musiała widzieć wypadku, żeby wyobrazić sobie tamten deszcz.
— Dlaczego powiedział pan policji, że wcześniej nie było usterki? — zapytała Izabela.
Tomasz przesunął dłonią po twarzy.
— Bo następnego dnia przyszedł do mnie człowiek z firmy.
— Powiedział, że jeśli wspomnę o zgłoszeniu, stracę pracę, a odpowiedzialność za wszystko zostanie wyłącznie na mnie.
— Miałem wtedy dwóch synów w szkole.
— Bałem się.
Zaczął opowiadać, że po przesłuchaniu wrócił do bazy po swoje rzeczy.
W biurze wisiała nowa lista kontroli technicznych, na której nie było już numeru jego ciężarówki.
Poprosił o kopię starego zgłoszenia, ale usłyszał, że dokument dawno zutylizowano.
Miał jednak własną odbitkę z pieczątką przyjęcia, schowaną wśród papierów potrzebnych do rozliczenia trasy.
Trzymał ją przez lata w metalowym pudełku na rodzinne dokumenty.
— Żona nie wiedziała o niej aż do zeszłego miesiąca — dodał.
— Powiedziałem jej wreszcie prawdę.
— Nie mogła uwierzyć, że tyle czasu żyłem obok niej z takim ciężarem.
— Kto to powiedział?
— Kierownik floty.
— Mówił, że wykonuje polecenie prezesa Sadowskiego.
Joanna zaznaczyła coś na kartce.
— To pana relacja, nie potwierdzony jeszcze fakt — powiedziała spokojnie.
— Dlatego potrzebujemy dokumentów i niezależnej weryfikacji.
Tomasz skinął głową.
— Wiem.
— Przez osiem lat przechowywałem kopię zgłoszenia, bo miałem nadzieję, że kiedyś odważę się o tym opowiedzieć.
— Dlaczego właśnie teraz? — zapytała Alicja.
Popatrzył na Alicję ze zdziwieniem.
— Moja żona zobaczyła ostatnio reportaż o dawnych wypadkach ciężarówek.
— Powiedziała, że moje milczenie nie chroni już nikogo.
— Wtedy napisałem do kancelarii Joanny.
Alicja zrozumiała, że Joanna nie znalazła cudu w starym archiwum.
Ktoś po prostu zdecydował się przerwać milczenie i dostarczył ślad, który można było sprawdzić.
Izabela odsunęła swoje krzesło.
— Przez tyle lat myślałam, że może naprawdę źle zapamiętałam tamten moment.
— Że światła były, tylko ja ich nie zauważyłam.
— To, co pamiętasz, zasługuje na wysłuchanie — odparłam.
— Ale pozwólmy sprawdzić, co rzeczywiście stało się z tą ciężarówką.
Mateusz milczał prawie przez całe spotkanie.
Dopiero na końcu poprosił Joannę o przygotowanie zawiadomienia i ocenę, które dokumenty można legalnie przekazać śledczym.
Nie mówił o zemście ani o tym, że sam zajmie się Ryszardem.
Wyglądał raczej na człowieka, który zbyt długo próbował uzyskać odpowiedź niewłaściwymi drogami.
W drodze do domu zadzwonił pan Borkowski.
Powiedział, że hotel musi czasowo wstrzymać przydzielanie Alicji zmian, ponieważ wokół zdarzenia powstał „konflikt wizerunkowy”.
— Czyli zostałam ukarana za to, że mnie uderzono? — spytała Alicja.
— To decyzja tymczasowa.
— Proszę zrozumieć położenie hotelu.
— A moje położenie pan rozumie?
Nie odpowiedział.
Po rozmowie długo patrzyła na ekran telefonu, licząc pieniądze, które miały starczyć do końca miesiąca.
Nie chciała prosić Mateusza o ratunek.
Chciała mieć pracę i prawo do bezpiecznego jej wykonywania.
Otworzyła zeszyt z domowymi wydatkami.
Podkreśliła czynsz, opłatę za prąd i ratę za wózek dziecięcy, który zamówiła miesiąc wcześniej.
Potem zadzwoniła do Magdy z sali bankietowej, żeby zapytać, czy ktoś z obsługi widział całe zajście.
— Widzieliśmy — odpowiedziała po chwili.
— Tylko wszyscy bali się odezwać.
— Ja też się bałam.
Poprosiła Magdę, żeby powiedziała Joannie wyłącznie to, co naprawdę pamiętała.
Nie potrzebowała piękniejszej wersji swojej historii.
Potrzebowała prawdy.
Wieczorem zobaczyła w internecie nagranie z balu.
Było przycięte tak, że nie pokazywało policzka, tylko Alicję stojącą przy rozbitych kieliszkach i Wiktorię odwracającą się z oburzeniem.
Podpis głosił, że pracownica próbowała wymusić pieniądze na rodzinie sponsorów.
Kiedy Alicja zaczęła czytać komentarze, zadzwoniła Joanna.
— Proszę niczego nie usuwać — powiedziała.
— Mamy już świadków uderzenia.
— Ale właśnie dowiedziałam się, kto polecił hotelowi wstrzymać pani zmiany.
Zamilkła na moment.
— To nie była decyzja kierownika.
— Polecenie przyszło bezpośrednio z biura Ryszarda Sadowskiego.
Wtedy pojęła, że tajemnica sprzed ośmiu lat i jej dzisiejszy policzek połączyły się w jedną sprawę.
A człowiek, który kazał jej zniknąć z grafiku, najwyraźniej nie zamierzał poprzestać na tym.
Dlaczego Ryszard próbował uciszyć także Alicję i kto naprawdę odpowiadał za nagranie z balu, odkryjesz w Części 4.













