Policzek rozległ się pod kryształowymi żyrandolami hotelu Grand Atoria tak głośno, że orkiestra przerwała grę.
Alicja Nowak cofnęła się o krok. Odruchowo osłoniła dłonią brzuch. Była w siódmym miesiącu ciąży i przez chwilę myślała tylko o tym, żeby nie upaść.
Srebrna taca wysunęła jej się z rąk. Sześć kieliszków szampana roztrzaskało się o marmurową posadzkę.
— Wspaniale — powiedziała Wiktoria Sadowska, spoglądając na odłamki szkła. — Jeszcze trochę, a zniszczyłabyś mi suknię.
Dziedziczka jednej z najbogatszych rodzin w Warszawie miała na sobie srebrzystą jedwabną kreację i diamenty warte więcej, niż Alicja potrafiła sobie wyobrazić.
— Przepraszam, proszę pani — wyszeptała kelnerka, czując pieczenie na policzku.
— Oczywiście, że przepraszasz. Ludzie tacy jak ty zawsze przepraszają, kiedy narobią kłopotów.
Wokół zamilkły rozmowy. Kilkoro gości odwróciło wzrok. Nikt nie zareagował.
Jeszcze godzinę wcześniej Alicja poprawiała serwetki przy stołach i prosiła kierownika, żeby pozwolił jej częściej usiąść. Zapewniała wszystkich, że da sobie radę. Potrzebowała tej wypłaty: przed narodzinami dziecka chciała odłożyć choć trochę pieniędzy. Teraz czuła na sobie wzrok całej sali i zastanawiała się, czy po dzisiejszym wieczorze w ogóle dostanie kolejną zmianę.
Rodzina Sadowskich finansowała szpitale, wystawy i bale dobroczynne. Ryszard Sadowski, ojciec Wiktorii, miał znajomości wszędzie tam, gdzie podejmowano ważne decyzje. Jego córka doskonale wiedziała, jaką władzę daje jej nazwisko.
Alicja ostrożnie przykucnęła, żeby zebrać szkło. Plecy zabolały ją tak mocno, że musiała przytrzymać się stołu. Zobaczyła swoje odbicie w wypolerowanej posadzce: rozmazany makijaż, mokre oczy, dłoń chroniącą brzuch. Najchętniej wyszłaby bocznym wyjściem, ale bała się, że ktoś uzna to za porzucenie pracy.
— Już posprzątam — powiedziała.
— To chyba pierwsza rozsądna rzecz, jaką dziś usłyszałam z twoich ust.
Podczas upadku odpiął się plastikowy identyfikator Alicji. Leżał teraz na podłodze, pęknięty przy zaczepie. Sięgnęła po niego, ale obok pojawił się wypolerowany czarny but.
Ktoś właśnie odszedł od stolika głównych darczyńców.
Mateusz Romanowski.
Trzydziestosiedmioletni właściciel sieci luksusowych hoteli, firm transportowych i nieruchomości. W gazetach przedstawiano go jako miliardera. Ludzie znający jego powiązania ze światem przestępczym mówili o nim znacznie ciszej.
Mateusz spojrzał na Alicję, na zaczerwieniony policzek, a potem na Wiktorię.
Nie powiedział ani słowa. Przyklęknął i podniósł identyfikator.
Fotografowie, którzy dotąd uwieczniali przemówienia i uściski dłoni, skierowali w jego stronę aparaty. Ryszard Sadowski również odwrócił głowę. Przy stoliku darczyńców ktoś odsunął krzesło, lecz nikt nie zdecydował się podejść. Wszyscy obserwowali, co zrobi Mateusz, jakby od jednego jego gestu zależało, czy mogą wreszcie przyznać, że przed chwilą zobaczyli coś niedopuszczalnego.
Mateusz przyjrzał się pękniętemu plastikowi.
ALICJA NOWAK.
Jego twarz nagle się zmieniła.
— Ma pani na imię Alicja?
— Tak, proszę pana.
Przez chwilę patrzył na nią tak, jakby usiłował dopasować jej rysy do obrazu zapamiętanego wiele lat temu.
— Mateusz, jeśli martwisz się o hotel, kierownictwo może wymienić tę dziewczynę — wtrąciła Wiktoria.
Nie odpowiedział. Jeden z ochroniarzy podał mu nowy klips. Mateusz ostrożnie przypiął identyfikator do uniformu Alicji, uważając, żeby nie szarpnąć materiału na jej brzuchu.
Dopiero wtedy wstał.
— Przeproś ją.
Wiktoria zamrugała.
— Słucham?
— Masz ją przeprosić.
Zaśmiała się, pewna, że to jakiś żart.
— Nie przepraszam obsługi.
— Nie pytałem, kogo zwykle przepraszasz. Uderzyłaś kobietę w ciąży.
— Omal nie oblała mnie szampanem!
— I uważasz, że to usprawiedliwia policzek?
Wiktoria po raz pierwszy straciła pewność siebie. Ryszard ruszył ku nim, próbując zachować uprzejmy uśmiech.
— Mateusz, może porozmawiamy na osobności?
— Nie.
Alicja wciąż stała nieruchomo. Nagle wokół niej zebrali się ludzie, którzy chwilę wcześniej udawali, że jej nie widzą. Chciała tylko dokończyć zmianę i wrócić do domu. Nie wiedziała, dlaczego jeden z najbardziej wpływowych gości patrzy na nią w ten sposób.
— Przecież nawet jej nie znasz — rzuciła Wiktoria.
Mateusz odwrócił się do Alicji. Jego głos złagodniał.
— Właśnie w tym się mylisz.
W sali zapanowała cisza.
— Szukałem jej przez prawie osiem lat.
Alicja pokręciła głową.
— Chyba mnie pan z kimś pomylił.
— Osiem lat temu moja siedemnastoletnia siostra miała wypadek na autostradzie. Padał ulewny deszcz. Potrzebowała pilnej operacji, a lekarze mieli problem ze zdobyciem wystarczającej ilości zgodnej krwi. Miała rzadką grupę.
Alicja przestała oddychać na krótką chwilę.
Przypomniała sobie zapach środków odkażających, pielęgniarkę mówiącą z drżeniem w głosie i nastolatkę leżącą pod ostrym światłem szpitalnej lampy. Pamiętała też, jak podwijała rękawy, zanim oddała krew. Miała wtedy dwadzieścia jeden lat. Nie pytała, kim była dziewczyna ani czy jej rodzina miała pieniądze. W tamtym korytarzu liczyło się jedynie to, żeby lekarze mogli zrobić wszystko, co było konieczne.
— Zgodziła się pani pomóc — powiedział Mateusz. — Nie chciała pani zapłaty. Nie zostawiła pani pełnych danych kontaktowych. Wyszła pani, zanim zdążyliśmy przyjechać.
Przełknął ślinę.
— Ale moja siostra przeżyła.
Od strony orkiestry podeszła młoda kobieta o ciemnych włosach. Łzy spływały jej po policzkach.
Alicja rozpoznała oczy, zanim połączyła twarz z tamtym dniem.
— To pani — wyszeptała Izabela Romanowska. — Powiedziała mi pani wtedy, że wszystko będzie dobrze.
Alicja zasłoniła usta dłonią.
Wiktoria nie wydobyła z siebie ani słowa. A stojący za nią Ryszard Sadowski przestał wyglądać na ojca zawstydzonego zachowaniem córki. Pobladł tak nagle, jakby Mateusz przypomniał sobie również coś, co jego zdaniem powinno na zawsze pozostać zapomniane.













