W następny czwartek, dokładnie siedem dni po moim zasłabnięciu, o siódmej rano przewieziono mnie do ośrodka rehabilitacyjnego współpracującego ze szpitalem.
Doktor Szarek sprawdził wyniki jeszcze przed transportem.
Miałam przy sobie leki, wypis z oddziału i plan kolejnych badań.
Nadal potrzebowałam pomocy przy chodzeniu, a sama droga karetką wyczerpała mnie tak, że zasnęłam po przyjeździe.
Nie wyglądało to jak zwycięska ucieczka bohaterki filmu.
Było spokojnym przeniesieniem chorej kobiety, która chciała odzyskać zdrowie z dala od nacisków.
Poprosiłam, by na dawnym łóżku pozostawiono kopertę z nazwiskami rodziców.
Personel zgodził się przekazać ją w uzgodniony sposób, gdy przyjadą.
Zofia miała kopię listu i wiedziała, co w nim napisałam.
Tego ranka nie próbowałam śledzić każdego ruchu rodziny.
Przy oknie nowej sali uczyłam się oddychać spokojnie, choć każdy głębszy wdech przypominał o operacji.
O dziesiątej siedemnaście Ryszard i Patrycja przybyli do poprzedniego szpitala.
O tym, co nastąpiło, dowiedziałam się później z relacji pielęgniarki, Tymona i dokumentów zebranych w śledztwie.
Ojciec niósł skórzaną teczkę, a matka małą torbę z pomarańczami.
Do mojej dawnej sali weszli dopiero wtedy, gdy personel poinformował ich, że nie jestem już tam leczona.
Zastali puste łóżko.
Na poduszce czekała koperta.
Napisałam w niej:
„Mamo, tato.
Kiedy lekarz powiedział wam, że mogę umrzeć, zostaliście na meczu Tymona.
Nie proszę już o wyjaśnienie tego wyboru.
Nie udzielam nikomu zgody na podpisywanie dokumentów w moim imieniu ani na wykonywanie głosów z moich udziałów.
Nie podpiszę pełnomocnictwa, które przywieźliście.
W sprawach spółki kontaktujcie się wyłącznie z mecenas Zofią Wroną.
O moim leczeniu zdecyduję sama.
Nie szukajcie mnie bez zaproszenia.
Alicja”.
Pielęgniarka powiedziała, że matka przeczytała list dwa razy i najpierw zapytała, kto pozwolił mi „tak się zachowywać”.
Ojciec nie krzyczał.
Zacisnął palce na papierze, wyjął telefon i odszedł w stronę korytarza.
Natychmiast zadzwonił do Dariusza Mirka, dyrektora operacyjnego spółki.
Nie do lekarza.
Nie do mnie.
Treść rozmowy poznałam dopiero po wielu tygodniach, gdy Mirek złożył zeznania i przekazał zapis wiadomości głosowej pozostawionej później przez ojca.
Pierwsze polecenie brzmiało: wstrzymać rozsyłanie wersji umowy, którą widział Tymon, i odnaleźć oryginał magazynowego zestawienia.
Ojciec nie wyjaśnił, dlaczego właśnie ta sprawa stała się pilna po znalezieniu mojego listu.
Dla śledczych połączenie okazało się jednak ważnym punktem na osi czasu.
Tymon czekał na rodziców przed budynkiem.
Ojciec powiedział mu, że zrobiłam przedstawienie, aby wymusić przeprosiny.
Brat odpowiedział tylko, że fałszywy podpis na dokumencie nie jest przeprosinami i że pokazał kopię policji.
Matka miała wtedy zblednąć.
Nie wiem, czy z powodu strachu, czy gniewu.
Przez następne miesiące próbowałam nie zgadywać cudzych uczuć, kiedy brakowało mi dowodów nawet na własne bezpieczeństwo.
W nowym ośrodku odwiedziła mnie tego dnia Zofia.
Przyniosła odpowiedź zarządu na żądanie udostępnienia załącznika do uchwały.
Wycena gruntu i budynków opiewała na dwadzieścia dwa miliony złotych.
Wewnętrzne opracowanie sprzed kilku miesięcy wskazywało wartość przekraczającą czterdzieści sześć milionów.
Różnica nie dowodziła jeszcze przestępstwa, bo wyceny zależą od przyjętych założeń.
Ale załącznik zawierał również niezwykły zapis: część ceny miała zostać potrącona z rzekomymi zobowiązaniami wobec Baltic Meridian.
— Czyli te sześć milionów osiemset tysięcy wraca jako dług? — zapytałam.
— Na to wygląda z dokumentów — odpowiedziała Zofia.
— Potrzebujemy pełnej umowy i ustalenia, kto rzeczywiście kontroluje nabywcę.
Dopiero wtedy zobaczyłam związek między niejasnymi przelewami a pośpiechem rodziców.
Nawet jeśli przelali pieniądze do pustej firmy doradczej, mogli próbować wykorzystać je jeszcze raz, obniżając kwotę otrzymaną przy sprzedaży zakładu.
Spółka zapłaciłaby za usługę, której nikt nie wykonał, i straciła część wartości majątku.
Najwięcej ryzykowali pracownicy i wspólnicy, którzy nigdy nie widzieli projektu.
Zofia podjęła kroki, by zakwestionować możliwość głosowania z użyciem spornej kopii pełnomocnictwa.
Zawiadomiła pozostałych inwestorów o moim stanowisku, nie ujawniając poufnych ustaleń prokuratury.
Ci zażądali od zarządu przełożenia głosowania oraz przedstawienia niezależnej wyceny.
Dwóch podpisało wspólne pismo jeszcze tego samego wieczoru.
To nie dawało gwarancji uczciwego zakończenia sprawy.
Uniemożliwiało jednak udawanie, że wszyscy wspólnicy akceptują pośpiech.
W połowie dnia musiałam przerwać rozmowy.
Rehabilitantka, pani Agnieszka, ustawiła przy łóżku chodzik i poprosiła, żebym zrobiła sześć kroków.
Na czwartym zakręciło mi się w głowie.
Usiadłam zła na własne ciało, choć to ono przetrwało najgorszą noc.
— Nie mierzy się powrotu do zdrowia tym, ile kroków zrobiła pani dzisiaj — powiedziała.
— Jutro spróbujemy jeszcze raz.
Przypomniałam sobie matkę poprawiającą moje świadectwo z podstawówki.
Miałam prawie same najwyższe oceny.
Wskazała jedną gorszą i powiedziała, że następnym razem powinnam bardziej się postarać.
Tymon tego samego dnia przyniósł medal za udział w szkolnym turnieju.
Ojciec powiesił go nad kominkiem.
To wspomnienie nie usprawiedliwiało żadnego przestępstwa.
Pozwalało mi jednak zrozumieć, dlaczego tak długo uważałam wyczerpanie za rzecz, której nie wolno pokazywać.
Agnieszka pomogła mi wrócić do łóżka i położyła dzwonek w zasięgu ręki.
Kiedy wyszła, nie odsunęłam go z poczucia wstydu.
Poprosiłam o wodę, a później o pomoc przy zmianie opatrunku.
Uczyłam się przyjmować zwykłą troskę bez konieczności udowadniania, że na nią zasłużyłam.
Tego wieczoru pani Kowalska zadzwoniła tylko na chwilę.
Spytała, czy skarpetki pasują i czy ktoś podlewa rośliny w mieszkaniu.
Podałam jej numer Zofii, aby uzgodnić bezpieczne odebranie kilku rzeczy.
Nie chciałam, żeby sąsiadka narażała się przez rodzinny konflikt.
Maria zrozumiała i obiecała nie wpuszczać nikogo do mojego mieszkania w moim imieniu.
Przed kolacją zadzwonił Tymon.
Po raz pierwszy nie zaczął od pytania, czy jestem zła.
— Dlaczego nie powiedziałaś nam wcześniej, jak źle było? — spytał.
— Lekarz powiedział mamie i tacie.
To powinni byli powiedzieć tobie.
Długo milczał.
— Znalazłem na starym komputerze kopię maila od taty do Mirka.
Temat brzmi „wariant awaryjny”.
Nie otwierałem załącznika.
Chcę oddać sprzęt policji.
Powiedziałam, żeby niczego nie kasował ani nie przesyłał dalej i skontaktował się z Moniką.
Nawet z daleka słyszałam, że oddycha z trudem.
Nie pocieszyłam go.
Każdy z nas musiał wreszcie znieść ciężar własnych decyzji.
Po zakończeniu rozmowy położyłam telefon obok szklanki wody.
Siedem dni wcześniej ta sama rodzina nie przyjechała, gdy umierałam.
Teraz jeździła po szpitalach z dokumentami, jakby można było zamienić strach w podpis.
Nie czułam triumfu.
Czułam ulgę, że po raz pierwszy powiedziałam im „nie” w taki sposób, którego nie musiałam później tłumaczyć.
Nie znałam jeszcze treści wiadomości oznaczonej „wariant awaryjny”.
Jej nadawca musiał jednak przewidzieć sytuację, w której odmówię współpracy.
Co ojciec zamierzał zrobić, gdyby nie zdobył moich głosów?
Przejdź do Części 6, by dowiedzieć się, co zawierał „wariant awaryjny”.













