Lena przyjechała we wtorek przed obchodem.
Nie przyniosła sensacyjnych zdjęć ani gotowej odpowiedzi.
Położyła na stoliku kartkę z godzinami i powiedziała, że mogę usłyszeć tylko te ustalenia, których przekazanie nie zaszkodzi czynnościom.
— W poniedziałek, trzy dni przed twoim zasłabnięciem, o osiemnastej dwanaście do budynku weszła twoja matka — powiedziała.
Przez moment patrzyłam na cyfry.
W tamtym czasie kończyłam spotkanie w Halcyon Capital.
Matka nie prosiła mnie o zgodę i nie wspomniała później o wizycie.
Portier zapisał jej nazwisko, bo poprosiła o wydanie paczki, której nie mógł znaleźć.
Kamera na korytarzu pokazywała, jak szła w stronę mojego mieszkania z własnym kluczem.
Wróciła dwadzieścia kilka minut później.
— Może chciała zostawić jedzenie — powiedziałam automatycznie.
Lena spojrzała na mnie spokojnie.
— Jeśli tak, będziemy mogli to sprawdzić.
Na razie wiemy tylko, że tam była.
Matka od lat pojawiała się bez zapowiedzi.
Poprawiała układ talerzy, komentowała ilość rzeczy w lodówce, otwierała szafy, jakby wciąż urządzała pokój małej dziewczynki.
Raz położyła mi na stole rachunek za sprzęt sportowy Tymona i zasugerowała, że mogłabym opłacić połowę.
Odmówiłam, więc przez miesiąc nazywała mnie egoistką.
Nigdy jednak nie ukrywała swoich wizyt.
To milczenie było nowe.
— Chcę powiedzieć jej, że wiem — szepnęłam.
— Wtedy dowie się też, że ktoś sprawdził monitoring.
Daj nam czas.
Miałam ochotę zaprotestować.
W pracy przyzwyczaiłam się do tego, że po odkryciu nieprawidłowości od razu pytam o wyjaśnienia.
Tym razem moja niecierpliwość mogła ostrzec kogoś, kto miał dostęp do dowodów.
Schowałam dłonie pod kocem i skinęłam głową.
Lena przyniosła jeszcze wiadomość ze spółki.
W piątek zarząd rozesłał wspólnikom projekt uchwały o sprzedaży wydzielonej części przedsiębiorstwa wraz z gruntem.
Termin głosowania wyznaczono na następny czwartek.
Nie było w tym nic przypadkowego.
Gdyby mój podpis znalazł się pod pełnomocnictwem, Tymon mógłby wykonywać głosy z moich udziałów i razem z pozostałymi przeprowadzić uchwałę.
Gdybym zmarła bez testamentu, moje udziały mogłyby w przyszłości przypaść rodzicom w drodze dziedziczenia.
Żadna z tych dróg nie wymagała przekonania mnie, że transakcja jest korzystna.
W południe zadzwoniła recepcja oddziału.
Matka przyjechała z torbą jedzenia i dwoma mężczyznami w garniturach.
Jeden przedstawił się jako prawnik spółki, drugi jako człowiek z zarządu.
Poprosiłam, żeby nie wpuszczano ich na salę.
Odpowiedź przekazała im pielęgniarka, nie tłumacząc powodu.
Telefon zadzwonił minutę później.
Odebrałam dopiero wtedy, gdy Monika stanęła przy biurku i włączyłam głośnik za jej zgodą.
— Alicja, przestań robić przedstawienie — usłyszałam głos matki.
Tak miałam na imię.
Z jej ust brzmiało ono zwykle jak upomnienie.
— Jestem po operacji — odpowiedziałam.
— Właśnie dlatego przywiozłam ci obiad.
Tata martwi się, że sprawy firmy zostaną zablokowane.
To tylko upoważnienie dla Tymona na czas twojej choroby.
— Nie podpiszę niczego bez własnej prawniczki.
— Naprawdę zamierzasz wpuszczać obcych między nas?
Popatrzyłam na Monikę.
Nie miała współczującej miny.
Robiła dokładne notatki.
— Już jesteśmy między sobą bardzo daleko, mamo.
Połączenie urwało się nagle.
Przez długą chwilę nie potrafiłam odłożyć telefonu.
Było mi wstyd, że chciałam zadzwonić ponownie i przeprosić.
Nie za odmowę.
Za to, że zabrzmiałam chłodno.
Ten stary odruch okazał się silniejszy od strachu.
Po południu pojawiła się mecenas Zofia Wrona, polecona przez Lenę do ochrony moich interesów cywilnych.
Wyraźnie zaznaczyła, że nie prowadzi śledztwa karnego i nie będzie przekaźnikiem poufnych informacji prokuratury.
Zaczęłyśmy od spraw prostych.
Cofnęłam wszystkie wcześniej udzielone rodzinie pełnomocnictwa, jakie dało się ustalić, a ona przygotowała zawiadomienia do spółki.
Uzgodniłyśmy też, że nie udzielę nowego pełnomocnictwa bez przeczytania dokumentu i niezależnej konsultacji.
— A jeśli nie wyjdę z kolejnej operacji? — zapytałam.
Zofia nie udawała, że nie słyszy lęku.
Wyjaśniła mi możliwość sporządzenia testamentu u notariusza, gdy lekarz potwierdzi, że jestem świadoma i mogę swobodnie podjąć decyzję.
Nie proponowała cudownego obejścia prawa.
Powiedziała, że najpierw trzeba zadbać o moje zdrowie, potem dopiero o udziały.
Dla kogoś, kto znał moją rodzinę, była to niemal rewolucyjna kolejność.
Zofia poprosiła także o odpis umowy spółki.
Kiedy czytałam jej postanowienia, wróciło wspomnienie ostatniej rozmowy z dziadkiem.
Siedzieliśmy wtedy w małej kuchni obok fabrycznego warsztatu.
Dziadek miał popękane dłonie i nigdy nie udawał człowieka, który stworzył imperium.
Mówił o kilkudziesięciu rodzinach żyjących z zakładu i o tym, że dobra firma nie zaczyna się ani nie kończy na właścicielu.
— Nie zostawiam ci udziałów za dobre oceny — powiedział mi wówczas.
— Zostawiam je, bo umiesz powiedzieć „nie”, kiedy ktoś chce sprzedać coś, czego sam nie zbudował.
Przez lata uważałam, że przecenił mój charakter.
Łatwo było odmawiać obcym ludziom na służbowym spotkaniu.
Znacznie trudniej matce, która potrafiła zamilknąć na całe święta, jeśli nie spełniłam jej prośby.
Teraz jej cisza mogła kosztować mnie znacznie więcej niż samotne Boże Narodzenie.
W aktach spółki znalazłyśmy jeszcze jedną osobliwość.
Projekt uchwały nie wymieniał ceny sprzedaży zakładu wprost.
Odsyłał do załącznika, którego nie dostarczono wszystkim wspólnikom.
Zofia kazała mi nie zgadywać, co zawiera załącznik.
Wystąpiła o jego udostępnienie w oficjalnym trybie.
Dopiero potem mogłyśmy ocenić, czy rozmowy o gruncie są uczciwe.
Podczas wieczornego obchodu doktor Szarek zapytał, czy śpię.
Przyznałam, że boję się każdego szmeru za drzwiami.
Zgodził się, by personel odnotował moje życzenie ograniczenia odwiedzin i nie przekazywał rodzinie informacji o miejscu dalszego leczenia bez mojej zgody.
Nie obiecał mi niewidzialności.
Obiecał tylko, że szpital będzie respektował moje decyzje jako świadomej pacjentki.
To wystarczyło, żebym pierwszy raz od soboty wyłączyła dźwięk telefonu na kilka godzin.
Wieczorem zadzwonił Tymon.
To był pierwszy jego telefon od czwartku.
Patrzyłam na ekran tak długo, aż połączenie wygasło.
Za chwilę przyszła wiadomość: „Mama mówi, że jesteś zła. Nie rozumiem, o co chodzi. Możemy pogadać?”.
Odpisałam mu, że jeśli naprawdę chce wiedzieć, może przyjechać sam.
Bez rodziców i bez dokumentów.
Widziałam, że brat przeczytał wiadomość.
Nie byłam pewna, czy przyjdzie.
Tymon rzadko sprzeciwiał się ojcu, a jeszcze rzadziej zadawał pytania o pieniądze, z których korzystał.
Mimo wszystko chciałam dać mu możliwość podjęcia własnej decyzji.
Nie potrafiłam już wyciągać go z kłopotów, ale nie zamierzałam też uznać go za winnego tylko dlatego, że rodzice zawsze stawiali go przede mną.
Po kilku minutach dostałam zdjęcie.
Przedstawiało pierwszą stronę pełnomocnictwa, które ojciec kazał mu przygotować.
Pod datą wpisaną na dole widniał już mój podpis.
Nie rozpoznałam go jako własnoręcznego.
Najgorsze było jednak co innego.
Dokument nosił datę czwartkowego wieczoru, kiedy leżałam nieprzytomna na stole operacyjnym.
Jeżeli ktoś posłużył się moim nazwiskiem, nie czekając na zgodę, po co rodzice wciąż próbowali zmusić mnie do podpisania nowej wersji?
I kto zostawił pierwszą u Tymona?
Przejdź do Części 4, żeby przekonać się, skąd wzięło się fałszywe pełnomocnictwo.













