Przez chwilę miałem wrażenie, że dziewczynka wypowiedziała zdanie w obcym języku.
Rozumiałem każde słowo, ale nie rozumiałem, do kogo je kierowała.
« Jak masz na imię? » zapytałem.
« Lena. »
Walentyna zrobiła krok w jej stronę, po czym zatrzymała się i obejrzała na Helenę.
Druga dziewczynka również znieruchomiała.
Patrzyły na siebie jak na odbicie, którego żadna nie spodziewała się zobaczyć.
« Kto ci powiedział, że szukaliśmy bliźniaczek? » spytał ojciec.
Lena nie odpowiedziała.
W palcach ściskała białą teczkę, z której wystawał róg fotografii.
« Jerzy, odsuń się od niej », usłyszałem kobiecy głos.
W progu stała Zofia.
Nie poznałem jej od razu, chociaż szukałem jej twarzy w każdym tłumie przez dziewięć lat.
Miała krótsze włosy, zmarszczkę między brwiami i tę samą drobną bliznę na dłoni, którą pamiętałem z naszych wspólnych wakacji.
Za nią weszła kobieta w ciemnym płaszczu.
« Zofia? »
Spojrzała na mnie tak, jakby jedno słowo wystarczyło, żeby przywołać wszystkie lata, których nam zabrakło.
« Dominik. Nie tak miało wyglądać nasze spotkanie. »
Z tyłu sali błysnął flesz.
Zasłoniłem dłonią twarz Walentyny.
« Proszę przestać robić zdjęcia dzieciom », powiedziałem do gości.
Ochroniarz wyprowadził fotografa z najbliższego przejścia, a ja poprosiłem organizatorkę balu, żeby przerwała muzykę i skierowała gości do drugiej sali.
Nie chciałem, żeby dziewięcioletnie dziewczynki zapamiętały swoje pierwsze spotkanie jako przedstawienie dla obcych.
Ojciec oparł się mocniej na lasce.
« Zofia, nie masz prawa tu przychodzić i urządzać oskarżeń. »
« Nie przyszłam urządzać oskarżeń », odparła.
« Przyszłam po córkę. »
Walentyna cofnęła się za Helenę.
Na jej twarzy pojawił się wyraz, którego nigdy nie zapomnę: nadzieja pomieszana z lękiem przed kolejnym rozczarowaniem.
« To pani jest moją mamą? »
Zofia przykucnęła, ale nie wyciągnęła rąk.
« Tak, kochanie. I wiem, że samo to słowo niczego jeszcze nie naprawia. »
Dziewczynka przycisnęła rękaw do ust.
Nie podbiegła do niej.
Kobieta stojąca za Zofią przedstawiła się jako mecenas Marta Wójcik.
Powiedziała, że reprezentuje Zofię w sprawie dokumentacji dawnego szpitala i że nie zamierza rozmawiać o sytuacji dzieci w obecności gości.
« W takim razie proszę wyjść », warknął ojciec.
« Nie », odpowiedziałem.
« Najpierw muszę usłyszeć, dlaczego przez dziewięć lat chodziłem na grób swoich córek, chociaż stoją przede mną. »
To zdanie sprawiło, że Zofia spuściła głowę.
Dopiero wtedy zobaczyłem, że Lena ma na szyi niewielki medalik, identyczny z tym, który kiedyś kupiliśmy dla drugiego łóżeczka.
Przeszliśmy do biblioteki, gdzie nie było aparatów i obcych uszu.
Helena zaprowadziła dziewczynki do sąsiedniego pokoju, zostawiając drzwi uchylone na ich prośbę.
Chciały widzieć siebie nawzajem.
Nie wiedziały jeszcze, czy wolno im podejść bliżej.
Z sąsiedniego pokoju dobiegł mnie szept Leny.
« Naprawdę masz na imię Walentyna? »
« Tak. A ty naprawdę jesteś taka sama jak ja? »
Nie usłyszałem odpowiedzi, tylko cichy szelest przesuwanego krzesła.
Przez szparę w drzwiach zobaczyłem, że Helena postawiła na stole dwa kubki wody i usiadła między dziewczynkami.
Nie namawiała ich do przytulenia się ani do rozmowy.
Pozwoliła im patrzeć na siebie tak długo, jak potrzebowały.
« Lena wiedziała o siostrze? » zapytałem.
« Od niedawna », odpowiedziała Zofia.
« Powiedziałam jej, że jest ktoś, kogo bardzo chciałabym przyprowadzić do domu. Nie mówiłam, że spotkają się właśnie dzisiaj. »
« A Walentyna? »
Zofia spojrzała na Helenę przez uchylone drzwi.
« Helena mówiła jej prawdę o imieniu matki. Ale nie obiecywała daty powrotu. Prosiłam ją o to. »
« Prosiłaś, żeby dziewięć lat czekała? »
Zofia przyjęła te słowa bez protestu.
« Wiem, jak to brzmi. Nie będę udawała, że strach usprawiedliwia każdą moją decyzję. »
Zofia otworzyła białą teczkę.
Na pierwszej stronie leżały dwie fotografie, lecz nie przedstawiały Walentyny ani Leny.
Były na nich dziewczynki w czerwonych kurtkach, sfotografowane przed szkołą.
« Oliwia i Nadia Bąk », powiedziała Zofia.
« Nie mają z nami żadnego związku. Miesiąc temu człowiek zatrudniony przez twojego ojca obserwował je trzy dni. »
« To kłamstwo », przerwał Jerzy.
Marta pokazała wydruk wiadomości z nazwiskiem prywatnego detektywa oraz datą.
Nie nazwała tego dowodem winy, lecz wskazówką, którą można było sprawdzić.
« Szukał dwóch dziewczynek z datą urodzenia naszych córek », wyjaśniła Zofia.
« Znalazł niewłaściwe bliźniaczki. Lena podsłuchała naszą rozmowę o tych zdjęciach. Stąd jej słowa. »
« Dlaczego w ogóle ich szukał? » zapytałem ojca.
Nie odpowiedział.
Jego milczenie nie było przyznaniem się do przestępstwa, ale po raz pierwszy nie zamierzałem go za niego tłumaczyć.
Zofia wyjęła następny dokument.
Kserokopię karty z oddziału położniczego z nazwiskiem Maj i dwoma oznaczeniami noworodków: A oraz B.
Przy obu widniał zapis żywego urodzenia.
Pod spodem ktoś później naniósł innym długopisem dopisek o zgonie.
« Skąd to masz? »
« Od położnej, która tamtej nocy była na dyżurze. Przez lata bała się mówić. Teraz klinika zmieniła właściciela i dokumenty trafiły do archiwum. »
Pamiętałem dzień pogrzebu.
Dwie małe trumny, zamknięte, bo ojciec przekonywał mnie, że tak będzie mniej bolesne.
Nigdy nie żądałem otwarcia dokumentacji, ponieważ wierzyłem człowiekowi, który mnie wychował.
« Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej? » spytałem Zofię.
Odwróciła twarz.
« Próbowałam. Pisałam listy. Dzwoniłam do twojego biura. Pewnego razu przyjechałam pod dom, a ochrona oznajmiła, że nie chcesz mnie widzieć. »
Zofia opowiedziała mi, że po porodzie przetrzymano ją w szpitalu dłużej, niż wynikało to z jej stanu zdrowia.
Nie pozwalano jej zobaczyć noworodków, a każda pielęgniarka odsyłała ją do innego lekarza.
Kiedy usłyszała, że obie córki zmarły, podpisała wypis, którego prawie nie czytała.
Kilka tygodni później Helena spotkała na korytarzu kliniki położną i dowiedziała się, że jedna z dziewczynek została potajemnie przekazana pod opiekę rodziny zastępczej.
Odnalezienie dziecka zajęło miesiące.
Zofia mówiła powoli, jakby każde zdanie sprawdzała w pamięci, zanim odważy się wypowiedzieć je na głos.
« Skoro odnalazłaś jedną, dlaczego jej nie zabrałaś? »
« Bo byłam wtedy przekonana, że jeśli ktoś odkryje, gdzie mieszkamy razem, zniknie także druga. Później popełniłam błąd, odwlekając wszystko jeszcze dłużej. »
Wiedziałem, że nie powinienem wydawać wyroku na człowieka, którego historii jeszcze nie wysłuchałem.
Ale nie potrafiłem też uciszyć gniewu na myśl o latach Walentyny bez matki.
« Nigdy tego nie powiedziałem. »
« Wiem to dzisiaj. Wtedy miałam w rękach dokument podpisany twoim nazwiskiem. »
Marta przesunęła po stole kartkę.
Zobaczyłem zgodę na zerwanie kontaktu oraz mój podpis, złożony równym pismem.
« Nie podpisałem tego. »
Ojciec pierwszy raz podniósł głos nie z gniewu, lecz z niepokoju.
« Dosyć. Nie będziecie roztrząsać mojej rodziny na podstawie kserokopii. »
« Właśnie dlatego », powiedziała Marta, « wystąpiliśmy o oryginały. A jutro złożymy zawiadomienie. »
Wtedy Helena uchyliła drzwi.
Walentyna stała za nią, trzymając złoty guzik na otwartej dłoni.
« Panie Dominiku », odezwała się cicho Helena.
« Zofia nie wie jeszcze o wszystkich listach. Jednego nigdy nie wysłałam. »
Z kieszeni fartucha wyjęła pożółkłą kopertę.
Na odwrocie widniała data sprzed dziewięciu lat i charakterystyczny podpis mojego ojca.
Chciałem ją otworzyć, ale Helena położyła mi dłoń na nadgarstku.
« Najpierw musi pan wiedzieć, dlaczego ten list został u mnie. »
Dlaczego Helena ukryła kopertę i co wiedział mój ojciec o narodzinach dziewczynek?
Przejdź do Części 3, by poznać powód, dla którego Helena zatrzymała list.













