« Zabierzcie to dziecko z mojego domu! Natychmiast! »
Głos mojego ojca rozległ się w całej sali balowej.
Rozmowy ucichły.
Odwróciłem się i zobaczyłem małą dziewczynkę stojącą obok stołu z napojami.
Miała może dziewięć lat. Jej kasztanowe włosy opadały na ramiona, a ciemnoniebieski sweterek wyglądał na znacznie starszy od niej.
Ojciec wskazywał na nią laską.
« Nie pozwalałem dzieciom służby wchodzić między gości! »
Dziewczynka cofnęła się przestraszona.
« Przepraszam, proszę pana. Szukałam tylko cioci Heleny. »
« Nie interesuje mnie, kogo szukałaś. Wynoś się! »
Podszedłem do nich.
« Tato, wystarczy. Przecież niczego nie zrobiła. »
Jerzy Zieliński spojrzał na mnie z wściekłością.
« Dominik, nie wtrącaj się. »
Znajdowaliśmy się w Pałacu Brzozowym, naszej rodzinnej posiadłości niedaleko Krakowa.
Tego wieczoru odbywał się doroczny bal charytatywny fundacji Zielińskich.
W sali było ponad stu gości.
Przedsiębiorcy, przedstawiciele fundacji, prawnicy i ludzie, którzy od lat robili interesy z moim ojcem.
Wszyscy wiedzieli, że Jerzy Zieliński nie znosi sprzeciwu.
Ale nigdy wcześniej nie widziałem, żeby tak gwałtownie zareagował na zwykłe dziecko.
Dziewczynka próbowała ominąć krzesło.
Jej sweterek zaczepił się o drewniany podłokietnik.
Usłyszałem cichy trzask.
Coś małego spadło na marmurową posadzkę.
Złoty guzik.
Potoczył się pod moje buty.
Schyliłem się, żeby go podnieść.
I wtedy poczułem, jak serce zaczyna mi bić szybciej.
Na powierzchni guzika wygrawerowano dwie splecione gałązki.
Jedna była nieco krótsza od drugiej.
Znałem ten wzór.
Obróciłem guzik.
Na odwrocie zobaczyłem dwie litery.
D.Z.
Dominik i Zofia.
Przez kilka sekund nie mogłem złapać oddechu.
Dziewięć lat wcześniej zamówiłem komplet takich guzików u krakowskiego złotnika.
Były przeznaczone do eleganckiego płaszcza, który podarowałem Zofii Maj.
Kobiecie, którą kochałem.
Zofia spodziewała się naszych córek.
Bliźniaczek.
Urządziliśmy dla nich pokój, kupiliśmy dwa łóżeczka i wybraliśmy imiona.
A potem nadeszła noc, której nigdy nie zapomniałem.
Powiedziano mi, że obie dziewczynki zmarły po porodzie.
Nie pozwolono mi ich zobaczyć.
Ojciec zapewniał, że lekarze zrobili wszystko, co mogli.
Kiedy zapytałem o Zofię, usłyszałem, że odeszła.
Podobno nie chciała mieć ze mną nic wspólnego.
Przez lata próbowałem ją odnaleźć.
Bez rezultatu.
A teraz trzymałem w dłoni guzik z jej płaszcza.
« Skąd masz ten guzik? » zapytałem dziewczynkę.
Podniosła głowę.
Miała szaroniebieskie oczy.
Takie jak moje.
Przy lewej brwi dostrzegłem niewielkie znamię.
« Ciocia Helena mi go przyszyła », odpowiedziała.
Ojciec nagle zrobił krok w moją stronę.
« Oddaj mi to, Dominik. »
Spojrzałem na niego.
« Dlaczego? »
« To stara rzecz należąca do rodziny. »
« Więc chyba mogę wiedzieć, skąd się wzięła. »
Ojciec milczał.
Zauważyłem, że jego ręka zacisnęła się mocniej na lasce.
Wtedy do sali wbiegła starsza kobieta.
« Walentyna! Przecież mówiłam, żebyś czekała na mnie na zapleczu! »
Rozpoznałem ją natychmiast.
Helena Kowalska.
Przez wiele lat pracowała jako gospodyni w naszym domu.
Odeszła niedługo po zaginięciu Zofii.
Na ten wieczór zaproszono ją do pomocy przy przygotowaniach.
« Pani Heleno », powiedziałem.
Zatrzymała się.
Kiedy zobaczyła guzik w mojej dłoni, pobladła.
« Panie Dominiku… »
« Poznaje pani ten guzik? »
Spojrzała na ojca.
Potem na dziewczynkę.
« Tak. »
« Do kogo należał? »
Helena zacisnęła usta.
« Do pani Zofii. »
Wokół nas zapadła cisza.
« Dlaczego ta dziewczynka go nosi? »
« Przechowałam go. Przez wszystkie te lata. »
« Dlaczego? »
Helena objęła Walentynę ramieniem.
« Bo obiecałam komuś, że go nie wyrzucę. »
Ojciec uderzył laską o posadzkę.
« Koniec tych rozmów. Helena, zabierz dziecko. »
Stanąłem przed nimi.
« Nie. Jeszcze nie skończyliśmy. »
Spojrzałem na dziewczynkę.
« Jak masz na imię? »
« Walentyna. »
« Ile masz lat? »
« Dziewięć. »
Poczułem zimno na plecach.
Dziewięć lat.
Dokładnie tyle, ile miałyby moje córki.
Odwróciłem się do Heleny.
« Kiedy się urodziła? »
Kobieta zaczęła płakać.
« Proszę mnie nie pytać. »
« Czy urodziła się tej samej nocy co moje córki? »
Nie odpowiedziała od razu.
Potem bardzo powoli skinęła głową.
Walentyna pociągnęła ją za rękaw.
« Ciociu, dlaczego płaczesz? »
Uklęknąłem przed dziewczynką.
« Walentyno, wiesz, jak ma na imię twoja mama? »
Przyglądała mi się przez chwilę.
« Zofia. Ale ciocia mówi, że nie może teraz ze mną być. »
W gardle poczułem bolesny ucisk.
Wstałem i spojrzałem na ojca.
« Powiedziałeś mi, że moje dzieci nie żyją. »
Jerzy odwrócił wzrok.
« Dominik, nie tutaj. »
« To gdzie? W twoim gabinecie? Za zamkniętymi drzwiami? »
« Nie rozumiesz, co się wtedy wydarzyło. »
« Więc mi wyjaśnij. »
Milczał.
Helena odezwała się cicho:
« Pani Zofia próbowała się z panem skontaktować. »
Spojrzałem na nią.
« Co takiego? »
« Pisała do pana listy. Wiele razy. »
« Nigdy nie dostałem żadnego listu. »
Helena popatrzyła na mojego ojca.
Ten jeden gest powiedział mi więcej niż wszystkie jego wcześniejsze tłumaczenia.
Wskazałem Walentynę.
« Dlaczego nie powiedziałeś mi, że to moja córka? »
Ojciec otworzył usta.
Ale nie wydobył z siebie ani słowa.
Walentyna patrzyła na nas z przerażeniem.
Schowałem guzik w dłoni i chciałem ją uspokoić.
Wtedy Helena szepnęła:
« Panie Dominiku… to jeszcze nie wszystko. »
Odwróciłem się do niej.
« Co pani ma na myśli? »
Nie zdążyła odpowiedzieć.
Wielkie drzwi sali balowej otworzyły się.
Na progu stała druga dziewczynka.
Miała ciemnozielony płaszcz i kasztanowe włosy opadające na ramiona.
Jej oczy były szaroniebieskie.
A przy lewej brwi widniało dokładnie takie samo znamię.
Spojrzałem na Walentynę.
Potem na nieznajomą.
Wyglądały identycznie.
Ojciec cofnął się o krok.
Helena zakryła usta obiema dłońmi.
Nowo przybyła dziewczynka nie spojrzała na mnie.
Patrzyła prosto na Jerzego Zielińskiego.
A potem powiedziała spokojnie:
« Szukaliście nie tych bliźniaczek. »













